Puste miejsce

By 28 grudnia 2018zaproszenie

„Między nami a nimi nie ma równości. Jest bariera!” usłyszałam w trakcie Świąt bardzo jasny komunikat dotyczący osób bezdomnych. Ciągle wracają do mnie te zdania, bo chyba nigdy jeszcze nie zostały przekazane mi  tak mocno i tak jasno. Po raz pierwszy dotarł do mnie tak bezpośrednio przedstawiony punkt widzenia, który znów uświadomił mi, że każdy w inny sposób otwiera swoje serce i że każdy na swój sposób je zamyka. Wierzę jednak, że to od nas zależy czy puste miejsce, które co roku zostawiamy przy stole i które tworzymy w sercach wypełni się obecnością drugiego człowieka czy pozostanie tylko przestrzenią. Ostatni czas pokazał mi jak ważne jest dostrzeżenie tego znaku równości, a pomogło mi w tym pewne niezwykłe wydarzenie…

Było to wydarzenie, po którym długo nie mogłam spać i które, jak żadne inne wcześniej, przepełniło mnie całą gamą emocji jednocześnie. Wydarzenie, będące przestrzenią ciepła, kontaktu i wzajemnej życzliwości. Był to drugi dzień Świąt spędzony w gronie niezwykłych osób, bo wśród przyjaciół ubogich i bezdomnych oraz wśród wspólnoty, bez której ten dzień nigdy nie byłby tak wyjątkowy.

W drodze do Krakowa czułam ogromną radość, ciekawość i zniecierpliwienie. Gdy wracałam, pewna niezwykła osoba zapytała mnie o przebieg tego wieczoru i o to jak się udał. W tym momencie zdałam sobie sprawę, że nie jestem w stanie tego tak prosto i jednoznacznie opisać. Tysiące myśli próbowały znaleźć odpowiednią drogę. Serce znów mi eksplodowało i gdy myślałam, że robiło to codziennie tak samo, właśnie wtedy dowiedziałam się, że można było czuć jeszcze więcej. Ciężko było skupić się na odpowiednim zdaniu, łzy pojawiały się co kilka minut, a niezdolność mówienia bardzo spodobała się pasażerowi obok mnie, który nawet wyraził aprobatę. I mimo, że wtedy nie potrafiłam jeszcze mówić to ta sama osoba, która zapytała mnie o przebieg wieczoru zapewniła, że czeka na moje słowa, za co jestem jej bardzo wdzięczna. To wystarczyło, że zaczęłam pisać. Pisać o wieczorze, który z jednej strony mnie znokautował, a z drugiej strony wywołał tak potrzebną rewolucję, o wieczorze, który przewrócił wszystko i wyłamał się ze wszelkich wcześniejszych wyobrażeń…

Fot. Klaudia Kaszyca

Praktycznie od samego rana odbywały się przygotowania. Dwie sale w piwnicach na Małym Rynku mocno pachniały choinkami, a ozdoby na stołach, dekoracje i cały wystrój sprawiały, że  chyba każdy zatrzymywał się w trwaniu w tym cieple i niezwykłości. Pamiętam jak w pewnym momencie wiązałam czerwone wstążki na zielonych gałązkach. Wokół mnie akurat zapanowała zupełna cisza i to ona przyniosła tak ogromny pokój. Jeszcze wtedy nie wiedziałam, że będzie miała ona tak ogromne znaczenie już za kilka godzin i że nawet ogrom słów dookoła nie będzie w stanie jej zaburzyć, a wręcz bardziej uwidoczni każdego człowieka z osobna.

Każdy stół posiadał swojego gospodarza, a ja miałam okazję być jednym z nich za co jestem wdzięczna. Moment, w którym nasi goście zajmowali wolne miejsca był dla mnie nadzwyczajny. Wcześniej nie wiedziałam z kim spędzę ten wieczór dłużej. Patrząc na to z perspektywy widzę, że każda z osób była wyjątkowa i nieprzypadkowa. Powoli zapełniało się pięć miejsc przy moim stole, a z każdym nowym człowiekiem czułam niewyobrażalną radość. Patrzyłam jak znikają puste krzesła, a na ich miejsca pojawiają się ludzie. Byłam stokrotnie wzruszona. Gdy już wszyscy usiedli zostało jeszcze jedno krzesło. Puste miejsce. Wiedziałam, że przeznaczone było ono dla mnie. Dotarła do mnie wtedy przedziwna prawda, która bezustannie się we mnie odzywa. Każdy z nas w pewnym momencie siada na takim pustym miejscu. Pustym miejscu przygotowanym specjalnie dla nas niezależnie od tego czy posiadamy dom czy go nie mamy. W naszej codzienności bardzo często dostajemy zaproszenie od innych ludzi, którzy wyciągają do nas rękę i wprowadzają nas do przestrzeni w swoim sercu, przygotowanej specjalnie dla „zabłąkanego wędrowcy”. Puste miejsce mocniej niż kiedykolwiek przypomina mi o równości, wręcz tłumaczy, że wbrew wszystkim stereotypom tak ważne jest, żebyśmy zawsze mieli w sobie tę gotowość na przyjęcie czy zaproszenie drugiego człowieka w każdej możliwej formie, w rozmowie, w milczeniu, geście, w ciepłym posiłku… Puste miejsce pokazuje mi, że każdy z nas czasem potrzebuje na takim usiąść, żeby ponownie móc wyruszyć w dalszą wędrówkę.

Usiadłam więc przy wspólnym stole wraz z Panem Leonardem, który uwielbia opowiadać o konstrukcjach, które stworzył, z Panem Tomkiem, który dzielił się otwartością na każde wyznanie, kolor skóry czy przekonania, z Panem Witoldem, który znał tekst wszystkich kolęd, z  Panem Krzysztofem, który w końcu odczuwał radość i z Panem Markiem, który przeżywał stratę. Miałam wrażenie, że wolna przestrzeń w sercu powiększa się. Gdy już myślałam, że osiągnęła maksymalne rozmiary dostawiliśmy jeszcze jedno miejsce dla Pana Romana, który uczył mnie uważnie słuchać.

„Ja mam już 95 lat” – poinformował nas na samym początku Pan Leonard. Siedział w garniturze naprzeciwko mnie, uśmiechał się ciepło tak, jak robił to zawsze. Wiedziałam, bo słyszałam to już po raz kolejny, ale jak zwykle wyraziłam zachwyt. Pozostali panowie, zaskoczeni, zaczęli wstawać, podawać dłonie i gratulować. Wiedziałam, że było to dla niego bardzo ważne.

Fot. Klaudia Kaszyca

Po krótkiej rozmowie wszyscy dzieliliśmy się opłatkiem i składaliśmy życzenia.

„ Dostrzegaj człowieka, dostrzegaj człowieka”

„Pokoju!”

„Życz mi, żebym stanął na kolana przynajmniej.”

„Spotkałem Boga i chcę żyć. Więc życia!”

„Dobrze, że jesteście!”

Odkrywałam wielką moc w tych słowach i  gestach. Wielką moc ukazującą całą gamę wzruszeń, błogosławieństw i dobrych myśli. Tyle słów, tyle ciszy, spojrzeń, pokoju, które znów budowały w moim sercu znak równości.

Pamiętam, że w pewnym momencie przy naszym stole zapanowała zupełna cisza, o której wspominałam na samym początku. Przez chwilę bałam się, że może działam nieodpowiednio i już chciałam poruszyć nowy temat, gdy w pewien przedziwny sposób przypomniałam sobie słowa Papieża Franciszka, które na co dzień ze sobą noszę, a które w tamtym momencie okazały się ratunkiem:

„Wobec tajemnicy drugiego człowieka nie można nic powiedzieć. Kiedy chcę komuś coś przekazać, powinienem starać się uświadomić sobie, że stoję wobec misterium drugiego człowieka. Powinienem komunikować się z nim z głębi mojego misterium, mojego doświadczenia, najciszej, jak to możliwe.”

Więc zamilkłam zupełnie i odkrywałam tych niezwykłych ludzi w ciszy. Patrzyliśmy po sobie wszyscy, próbując przekazać prawdę o nas samych, ale nikt nie próbował nic powiedzieć. Zachwycił mnie ten moment stokrotnie i po raz kolejny pokazał jak wielką tajemnicą jest drugi człowiek. Jak wielką tajemnicą są jego emocje, przeszłość, obecne myśli. Jestem tak bardzo wdzięczna za tę tajemnicę i zaczynam dostrzegać, że  ona również sprawia, że jesteśmy równi. Każdy z nas ma swoją. Każdy z nas ma inną. Każdy z nas ma wszelkie prawo by ją posiadać, by się nią dzielić bądź zachować jedynie dla siebie. I myślę, że tego rodzaju posiadanie jest znacznie bardziej cenne niż to materialne, które wprowadza barierę nierówności.

Najpierw więc przez ciszę poznawaliśmy siebie nawzajem, a potem w rozmowach i pomiędzy posiłkami budowaliśmy przestrzeń pokoju. I tym sposobem rozmawialiśmy o architekturze, konstrukcjach, przyrządzanych potrawach w młodości, rodzinnych miastach i zwyczajach, o dronach i statkach i wygranych konkursach, o wnukach, otwartości i wdzięczności, o śmierci, trudnościach, nowym życiu. Ostatecznie każdy przy stole dziękował za posiłek przygotowywany w tym samym czasie przez część wspólnoty i jednocześnie przynoszony prosto do stołu. Każdy zachowywał swoją tajemnicę, dzieląc się nią na tyle, ile potrafił, odkrywając tyle, ile potrzebował.

Pośród tej atmosfery pokoju od czasu do czasu, w rozmowach z pojedynczymi osobami słyszałam pytanie kierowane jedynie do mnie i które znałam już bardzo dobrze: „Co pani tu robi? Dlaczego pani z nami rozmawia? Kto panią do tego zmusił?” Serce burzyło mi się za każdym razem, bo nie rozumiałam dlaczego tak często się powtarza i nie rozumiałam dlaczego ktokolwiek pozwalał uwierzyć drugiemu, że na to nie zasługuje.

„Między nami a nimi nie ma równości. Jest bariera!” usłyszałam ponownie w myślach i zapłakałam wewnętrznie, powstrzymując jednak łzy. Siedziałam przy wspólnym stole z szóstką ludzi, posiadającą różną przeszłość. Przeszłość z trudnościami, zmaganiami, ciągła tułaczką, radościami, dobrymi i przykrymi przeżyciami. Siedziałam, rozmawiałam, jadłam, śmiałam się i zwyczajnie nie potrafiłam znaleźć tej bariery. Nie potrafiłam zrozumieć z jakiego powodu miałabym się czuć lepsza. Nie rozumiałam z jakiego powodu ktoś miałby mnie zmuszać do tych rozmów czy do takiej formy spędzania czasu.

Fot. Klaudia Kaszyca

Kiedy myślałam, że już nic nie poruszy mocniej mojego serca,  wtedy każdy dostał prezent, a wszyscy zaczęliśmy śpiewać kolędy do muzyki skrzypiec.

„Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi: Wstańcie, pasterze, Bóg się wam rodzi” – usłyszałam cichy i niepewny głos, a następnie dostrzegłam mężczyznę, który nieśmiało otwierał usta. Śpiewałam, mimo, że nie umiem śpiewać i śmiałam się z towarzyszami stołu z tego, że tak naprawdę chyba nikt z nas nie umie. W momencie, w którym wydawało mi się, że ten wieczór powoli dobiega końca i, że czuję ogromne zmęczenie, ale ciągle mam siłę, doświadczyłam spotkania, które zatrzymało się w moim sercu i już chyba nigdy miało mnie nie opuścić.

Goście już wychodzili, a my powoli zaczęliśmy sprzątać. Został tylko jeden Pan, który pojawił się spóźniony i który teraz samotnie jadł. Po kilku próbach ostatecznie przy nim usiadłam. Pochylał się nad talerzem ze spuszczoną głową. Jadł ogórki i bigos bardzo powoli. Przez chwilę ogarnęła nas cisza i rozmowy w tle. Po chwili jednak pan rozpoczął dialog, który trwał długo i miałam wrażenie, że już nigdy się nie skończy. Słowa o społeczeństwie odpychającym, raniącym i nierównym. Słuchałam uważnie i mocno przenikały mnie jego zdania. Patrzyłam mu prosto w oczy, a on opowiadał każdą historię, w której drugi człowiek go odepchnął. Już cztery opowieści mocno mną wstrząsnęły, a dalsze powodowały lawinę łez. Gdy już ledwo widziałam, przerwał na chwilę i cicho otwierał usta. W tle usłyszałam „Lulajże Jezuniu” i ciche słowa kolędy siedzącego przede mną Pana. Patrzyłam więc na tego człowieka, przez oczy, który ledwo już widziały, choć dostrzegały bardzo dobrze. Płakałam jeszcze mocniej doświadczając przedziwnego uczucia po raz pierwszy w życiu. Miałam wrażenie, że w tym konkretnym momencie jeszcze wyraźniej dostrzegłam człowieka, a razem z tym narodziny wyraźnej prawdy. Nie mogłam powstrzymać łez. Stokrotnie wzruszona człowiekiem, jego słowami, przygnieciona historiami upadku. Wiedziałam, że wszyscy goście już poszli i powinnam kierować mojego rozmówcę ku wyjściu, ale nie potrafiłam. W wymiarze tych tragedii, nie potrafiłam. W pewnym momencie miałam wrażenie, że to się nigdy nie skończy i że już na zawsze będę to przeżywać, a to uczucie zostanie do końca. Wtedy podszedł do nas jeden człowiek, przerwał i mi pomógł. Gdyby nie on, chyba nie dałabym rady. Wspólnie odprowadziliśmy Pana do wyjścia, ale ja już wtedy nic nie słyszałam…

Fot. Klaudia Kaszyca

Próbowałam zrozumieć cokolwiek z tego, co się wydarzyło i poukładać to w zdania świadczące o równości. Mimo, że burzyło się we mnie wiele emocji, myśli i rozważań, zrozumiałam, że przestrzeń rozmowy, ciepła, ciszy i pokoju jest potrzebna każdemu z nas, a to oznacza, że nic tak nas naprawdę od siebie nie różni. Zrozumiałam, że dogłębnie marzę o braku barier, pojednaniu i tworzeniu miejsca dla drugiego człowieka. Codziennie proszę o to puste miejsce. Puste miejsce w sercu, które zajmie każdy, kto w danej chwili potrzebuje wypełnienia.Wydaje mi się, że stworzyliśmy  z tego pustego miejsca jedynie tradycję, przestrzeń dla zabłąkanych, jakbyśmy sami nigdy nie zbłądzili, przestrzeń dla tych „innych”, jednocześnie od razu ich klasyfikując i cicho licząc, że jednak nie przyjdą. Zaczynam rozumieć, że możemy czekać wieczność, aż ktoś je zajmie, może być ono dla nas jedynie symbolem czy tradycją. Może być też  zaproszeniem. Zaproszeniem w swojej postawie, gestach, otwartości. Zaproszeniem w codzienności i zaproszeniem bez względu na wygląd, posiadanie, przekonania czy „inność”.

Nie czekajmy. Bądźmy zaproszeniem do wszystkich pustych miejsc, które przygotowujemy i które w sobie nosimy. To właśnie drugi człowiek okazuje się być najprawdziwszym wypełnieniem. To właśnie przez spotkanie budujemy znak równości i przełamujemy uprzedzenia czy bariery.