Pełnia w braku

By 18 grudnia 2018zaproszenie

Tegoroczny Adwent pokazał mi i wciąż pokazuje, że czas oczekiwania i tęsknoty może być czasem ważnym i paradoksalnie pełnym, że brak wcale nie musi oznaczać niespełnienia, a pustka ma moc przepełniania obecnością. Ponownie zaczynam odkrywać, że ubóstwo nosi w sobie każdy z nas i że czasami niedobór nie zamieni się w nic innego, a zwyczajnie trwa…

Pewien człowiek ostatnio doradził mi, żebym spróbowała pisać więcej o szczęśliwych zakończeniach. Namawiał, żebym pisała o historiach, które potoczyły się pozytywnie, o historiach, w których ktoś wychodzi z bezdomności, w których ktoś staje się innym człowiekiem. „Takie opowieści zachęcają ludzi” – usłyszałam ostatecznie – „Nikt nie chce czytać o tragediach czy upadkach.”

Dostrzegłam wtedy, że panicznie wręcz stronimy od tych pustych, wybrakowanych aspektów rzeczywistości. Każdą sekundę z koniecznością próbujemy wypełniać, zapychać nieistotnością i nadmiarem. Porzucając braki tracimy wielką szansę głębszego poznania drugiego człowieka, jak i siebie samych. Nie przyjmując tych niedostatków odrzucamy część rzeczywistości, która naturalnie trwa. Zrozumiałam, że jeszcze kilka miesięcy temu dokładnie tak samo myślałam, że wtedy też budowałam w sobie idealny świat i nieustanne naprawianie niepowodzeń. Wyobrażałam sobie dobro, pojednanie i wyjście z każdej sytuacji. Słyszałam wewnątrz siebie głos namawiający mnie do tego, żeby właśnie o tym pisać. Rodził się w mojej głowie pomysł uwieczniania na papierze tych szczęśliwych historii, tych naznaczonych zmianą, tych optymistycznych, wręcz unoszących. Chyba nie dostrzegałam jeszcze wtedy, że to niekoniecznie w tych radosnych puentach bezwarunkowo znajduje się zrozumienie.

Kiedy pewnego dnia, już kilka miesięcy temu, wyraziłam tę ideę na głos, człowiek, którego myśli często są dla mnie drogowskazem, powiedział bardzo ważne słowa. Słowa, które momentalnie sprowadziły mnie na ziemię. Usłyszałam wtedy, że tak naprawdę niewiele jest tych historii ulicy, które kończą się szczęśliwie, że znacznie więcej jest tych, w których sytuacja potoczyła się w trudny sposób i często nie widać powrotu czy szansy na zmianę. Moje serce biło mocno, ale słuchałam uważnie, bo wiedziałam, że to był jeden z tych wartościowych momentów, które otwierają oczy. Usłyszałam, że celem naszych spotkań z osobami bezdomnymi wcale nie jest wyprowadzenie ich ze stanu, w którym się znaleźli. Celem naszych spotkań nie jest narzucenie im odpowiedniej drogi czy kategoryczne wskazywanie kierunku. Celem jest zwyczajna obecność. Usłyszałam, że jesteśmy tam po to, żeby z nimi trwać, żeby być przy nich w ich bezdomności i dawać siłę. Jesteśmy po to, żeby być. Być przy ich wyborach, ich zmaganiach, zmianach, postanowieniach. Być przy drugim człowieku nie dlatego, że oczekujemy, że kiedyś będzie inny. Po tych słowach zupełnie odrętwiałam, bo dopiero wtedy zrozumiałam, co stanowi istotę tych spotkań. Dopiero wtedy zrozumiałam dlaczego każda relacja była tak trudna  i dlaczego nie zawsze odnajdywało się odpowiedzi. Zrozumiałam, że spotkanie z brakiem, odkrywa we mnie pustkę. Zrozumiałam, że obecność może być największym wsparciem i najpiękniejszym przeżyciem. Doświadczyłam odkrycia mówiącego, że nie każda rozmowa musi powodować konkretne reakcje, że nie każde spotkanie musi prowadzić do wniosku czy wielkiego wydarzenia. Czasem zwykłe trwanie przy drugiej osobie miało być tylko trwaniem, miało stanowić obustronne wypełnienie w ubytku. Czasem zwykła obecność mogła być zapewnieniem o wsparciu w przyszłości, mogła być ratunkiem w tym lub innym momencie. Ostatecznie zrozumiałam, że nie każda historia musi posiadać optymistyczną puentę, żeby była pełna. Wartość człowieka nie musi kryć się w wypełnieniu. To właśnie w pustce rodzi się przestrzeń, to w ubóstwie i tęsknym wołaniu odnajdujemy człowieczeństwo.

Pamiętam, że gdy usłyszałam te słowa, zastanawiałam się czy wiara w szczęśliwe zakończenia jest rzeczywiście tak irracjonalna? W jednej z rozmów z Siostrą Małgorzatą Chmielewską przeczytałam wtedy stwierdzenie, że „dobrze jest mieć marzenia o zbawianiu świata”. Ale skoro nie wszystkie historie miały mieć szczęśliwe zakończenie, to czy nie było to zbyt trywialne podejście? Czy świadomość tego, że w wielu przypadkach już nigdy nie będzie lepiej nie wykluczała pogoni za czynieniem dobra? Nurtowały mnie te wątpliwości i czułam, że razem z niewiedzą ogarnia mnie obezwładniający niepokój. Z odpowiedzią znów przyszedł ten sam człowiek (Kiedyś napisałabym, że nie wiem w jaki sposób tak często znajduje odpowiednie słowa. Ostatnio wytłumaczył mi, że całe życie wypracowujemy w sobie tę umiejętność.) Pamiętam, że gdy odpowiedział na mój dylemat zmiażdżył mnie wtedy całkowicie i jeszcze szerzej otworzył oczy, uświadamiając, że tak naprawdę nie muszę dokonywać wyboru pomiędzy żadną z tych dróg. Zauważył, że „istnieje w tym myśleniu różnica pomiędzy ogółem a szczegółem”. Usłyszałam, że w „niektórych konkretnych przypadkach, wydarzeniach, osobach możliwe jest spełnienie jedynie jednego elementu marzenia o zbawieniu, które jest tak naprawdę marzeniem samego Boga.” Ostatecznie usłyszałam, że „realizm nie jest rezygnacją z marzenia, ale pokornym spojrzeniem na to, ile w danej chwili da się zrobić. A zawsze da się coś zrobić”.

Minął zaledwie tydzień, a ja wiedziałam już, że szczęśliwe zakończenia zdarzały się rzadko. Wiedziałam, że czasem zwykła obecność mogła być wystarczająca i jednocześnie wiedziałam, że marzenia o dobrym świecie wcale nie wykluczały się z tą świadomością. Wiedziałam też, że brak i pustka budowały część pełni i przypominały o naturalnym upadku. Zawsze wtedy jednak, gdy przychodził spokój związany z odpowiedzią na nurtujące zagadnienia, pojawiały się kolejne wątpliwości. Tym razem pochodziły one z ust otaczających mnie ludzi. Powtarzały się niejednokrotnie i niezmiennie. Pamiętam bardzo dobrze skargi  o poświęcanie czasu niewłaściwym osobom. Skoro szczęśliwych zakończeń było tak mało, to czy nie lepiej było poświęcić czas innym osobom? Osobom, które sobie na to zasłużyły? Pamiętam ciągle niekończące się pytania o przyczynę. automatycznie kładące społeczeństwo na porównującej skali. Po co zaangażowanie w historie, które wcale nie będą miały happy endu?

Tym razem bardzo dobrze już sama znałam odpowiedź. Przyszła ona do mnie po kolejnym ze środowych spotkań. Niespodziewanie i nagle. Żegnałam się wtedy z jednym bezdomnym Panem, z którym miałam przyjemność dłużej rozmawiać. Zatrzymał mnie jednak i chwilę się wahał zanim się odezwał. Chyba płakał, ale dziwnie nie potrafiłam tego ocenić. Mimo to był skupiony i stanowczy.

Dlaczego pani ze mną rozmawia? Z jakiego powodu pani tu przyszła? Nie rozumiem. Czym sobie zasłużyłem? Przecież może pani być wszędzie…”  – usłyszałam mocne słowa, które po chwili wybrzmiały ponownie – „A jednak jest pani tutaj…”

Patrzył mi prosto w oczy, czekał. A ja stałam zamyślona i próbowałam opanować niezrozumienie w stosunku do społeczeństwa, które pozwoliło mu uwierzyć, że musi zasłużyć. Chciałam być spokojna, ale po chwili wylałam z siebie monolog, który stanowił moją wewnętrzną odpowiedź na pytanie, które bezustannie zadawali ludzie.

Mocno wierzę, że w każdym z nas kryje się niesamowita wartość niewyliczona na podstawie osiągnięć, które są za nami albo jeszcze przed nami. Mocno wierzę, że zachwyt nad stworzeniem i człowiekiem nie wynika z faktu, ile posiadamy, ale pochodzi z tych wypełnień i braków, które wewnątrz siebie nosimy. Ten zachwyt prowadzi do spotkań i do rozmów o stokrotnej mocy i prawdzie. To przejęcie się drugim człowiekiem stanowi przeżycie nigdy niepowtarzające się po raz drugi, stanowi spotkanie, które dociera najgłębiej i pokazuje, że w obecności, tęsknotach i słabościach jesteśmy prawdziwymi ludźmi. Wszystkie słowa, wypowiedziane zdania, poglądy, śmiech i płacz, radości, smutki, szczęśliwe czy ponure zakończenia zatrzymują się obok siebie i przypominają, że tylko razem tworzą całość. Nikt nie musi zasługiwać na ten zachwyt, na obecność, na trwanie i zwyczajną rozmowę.

Pamiętam, że mój rozmówca tylko gorzko się zaśmiał i pokręcił głową. Wiedziałam, że w danym momencie mi zupełnie nie uwierzył. Zastanawiałam się jakie zakończenie będzie miała ta historia i czy w ogóle był sens się zastanawiać? Może na tym świecie nikt nie musiał na nic zasługiwać, skoro i tak nic nie należało do nas?

Zrozumiałam tego dnia, że każdy z nas nosi wewnątrz siebie bezcenną wagę. Wagę, która rzadko kiedy jest równa. Wagę, która bardzo szybko ocenia i wystawia werdykt. Robimy pomiar ludzkości i sprawdzamy kto, w jakim stopniu „zasłużył na pomoc”. Trwamy tylko przy tych, którzy mają bagaż doświadczeń. Kochamy tych, którzy w jakimś stopniu kiedyś pomogli nam. Wyceniamy czas, który możemy poświęcić innym i kalkulujemy, która opcja będzie słuszna. Tworzymy z człowieka pakunek. Wybieramy ten, który zawiera w sobie więcej. Jesteśmy pazerni na wartość dodaną, która odmieni nasze życie. Bo my, co sekundę, chcemy odmieniać nasze życie. Chcemy mieć więcej, robić lepiej i być bardziej. Ale skoro, według nas, historie bez dobrego zakończenia nie zasługują na pomoc to czy w takim razie my jesteśmy gotowi, żeby ten szczęśliwy koniec otrzymać?

Historie z brakiem czy pustką są ważne. Ludzkie braki i pustki są ważne. Te chwile nieprzepełnione, chwile zwyczajnej obecności i trwania są najbardziej cenne. Nie przeszkadza mi, że nie zawsze skończą się one szczęśliwie. Nie przeszkadza mi, że obciążą serce i będą wołać już na zawsze. Każdego dnia uczę się, że to właśnie w niespełnieniu i niedoborze jesteśmy najbardziej ludzcy, że te braki są nieuniknione. Myślę, że złudnie jest udawać, że upadki nie istnieją i wcale nie jest to pesymistyczna wizja. Myślę, że objęcie tej pustki prowadzi do uwolnienia, prowadzi do większej świadomości.

Gdy znów ten sam człowiek, który tak świetnie dobiera słowa, zapytał mnie czy przyjadę do Krakowa na drugi dzień Świąt, który jako wspólnota działająca przy Kościele św. Mikołaja, spędzamy wspólnie z osobami bezdomnymi i ubogimi, w pierwszym momencie odpowiedziałam, że nie. Gdy usłyszałam moje własne słowo wstrząsnęło mną niesamowicie i poruszało jeszcze przez cały dzień. Początkowo wyobrażałam sobie tegoroczne Święta niezmienne. Takie same, jak zawsze. I mimo, że to była jedna z cieplejszych wizji jakie posiadałam, zrozumiałam, że obok niej pojawia się nowa,  tak samo zachwycająca. Zrozumiałam, że zupełnie nie doświadczam  poruszenia związanego ze świątecznymi piosenkami, piernikiem czy choinką. Zupełnie straciło to znaczenia. Zaczęłam dostrzegać zbliżające się światło, światło padające na każdą ciemność, pustkę i tęsknotę. Zaczęłam dostrzegać wypełnienie w braku, w trwaniu przy drugim człowieku i pokój przychodzący ze zrozumieniem dla upadku. Upadku swojego oraz innych. Zaczęłam doświadczać wypełnienia w trwaniu przy niedoborze, a to otwierało mi oczy na realność i jednocześnie niewykluczające się marzenia.

Wróciłam do mojego „nie”, które wybrzmiało i starałam się zrobić wszystko, żeby mogło zabrzmieć inaczej. Wracam więc na drugi dzień Świąt do Krakowa na spotkanie, które przepełni mnie radością albo wypełni większą pustką. Godzę się na każde zakończenie. Wierzę, że to obecność i spotkanie prowadzi nas do wiary, zaufania i pojednania. Chcę po prostu być, rozmawiać, trwać i słuchać. Słuchać historii, które mówią przez ludzi, którzy dla mnie stali się przyjaciółmi. Chcę słuchać, żeby nie przegapić głosu, który woła najgłośniej. Chcę słuchać, żeby doświadczyć zachwytu nad drugim człowiekiem i obecności. Obecności, która odkrywa ubóstwo każdego i starannie kieruje na nie światło.

Pisanie o szczęśliwych zakończeniach jest fantastyczne. Warto jednak zauważać, że również w pustce, braku i tęsknocie tworzy się miejsce na prawdziwe, spotkanie, zaufanie i drogę do głębszego poznania. To właśnie pustka tworzy przestrzeń oczekiwania, a „realizm nie stanowi rezygnacji z marzenia”.

Zachęcam, żebyśmy w te Święta po prostu byli. Byli dla innych i wśród innych. Żebyśmy  budowali w sobie zachwyt i otwarcie na drugiego człowieka oraz przyjęli do siebie wszystkie historie i braki, przygotowujące miejsce nadchodzącemu światłu.

 

Ciągle jeszcze możesz nam pomóc sfinansować spotkanie w drugi dzień Świąt z naszymi przyjaciółmi ubogimi i bezdomnymi:

https://zrzutka.pl/u6jmdt