Ocalić komunikat

Mężczyzna wchodzi do tramwaju, wita się, mówiąc „dzień dobry”. Odpowiada mu cisza. Starsza kobieta zaczyna opowiadać o swoim dniu. Ludzie odwracają się  albo uśmiechają się do siebie. Niepełnosprawny chłopak pyta pasażerów o  samopoczucie. Nikt nie reaguje, mama ucisza dziecko. Bezdomny mężczyzna rozpoczyna rozmowę, czasem powie coś głośniej. Ludzie podnoszą się ze swoich miejsc, poszukujący wzrok nie spotyka drugiego spojrzenia. To tylko nieliczne obserwacje, które skłaniają mnie do rozważań na temat komunikacji z drugim człowiekiem. Zastanawia mnie co sprawia, że niektórzy otwierają się częściej, a inni przechodzą zupełnie obojętnie? Jak postrzegamy komunikację i co nas od niej powstrzymuje? Czy każdy może się jej nauczyć i czy istnieją jakiekolwiek zasady? Czy jesteśmy w stanie być bez przerwy otwarci i czy w ogóle powinniśmy? Ostatecznie czy upadamy jako ludzie gdy zauważamy w sobie „chłodne serce”? Szereg tych pytań od pewnego czasu nie dawał mi spokoju, więc postanowiłam się z nimi zmierzyć. Moje rozumienie rozpoczęło się od przeżycia, którym podzielił się ze mną pewien człowiek….

„Podczas gdy wracałam z uczelni, zobaczyłam bezdomnego mężczyznę, który zaszywał sobie plecak. Początkowo go minęłam, ale zaraz zawróciłam, przypominając sobie, że mam jeszcze w torebce drugie śniadanie. Lubi pan drożdżówki? ” – słucham z uwagą wypowiadanych słów.

„Nie lubię.” – odpowiedział mężczyzna.

„Nie wiedziałam, co zrobić, więc sobie poszłam.” – relacjonuje mi dalej ten niezwykły człowiek – „Uśmiechałam się, pytając czy chce drożdżówkę a potem zwyczajnie odchodziłam… Dużo ludzi  proponuje mu jedzenie, a przecież z pewnością potrzebował porozmawiać, powiedzieć coś więcej, a ja odeszłam. Czuję, że mogłam zachować się inaczej. Potrzebował mojej pomocy.”

Ciągle wraca do mnie ta rozmowa. Myślę, że stanowi niezwykłe świadectwo wzrastania w komunikacji. Dostrzegam, że praktycznie każdego dnia stoimy przed tymi drobnymi (albo wielkimi) wyborami otwartości. Każdego dnia możemy podejmować to wyzwanie na nowo z zupełnie nową świadomością, z nową czujnością odbierania przekazywanej treści. Wydaje mi się, że sama próba rozpoczęcia dialogu stanowi już pojawiającą się komunikację, jest już przestrzenią wymiany treści. Milczenie również może o niej stanowić. Samo zauważanie, że mogliśmy zrobić więcej tak naprawdę tworzy tę przestrzeń. Tworzy ją ten przekaz, który decydujemy się odebrać albo całkowicie zignorować. To spotkanie z drugim człowiekiem, w którym wybieramy otwartość bądź nie, stanowi klucz naszego istnienia i budowania relacji.

„Spotykając, czujemy: jesteśmy w poszukiwaniu innej, nowej płaszczyzny bycia. Wszystko trzeba będzie zacząć od nowa. Dawne gesty i dawne słowa muszą nabrać nowego sensu. Więcej : cały mój dotychczasowy sposób bycia staje się problematyczny” [ks. Józef Tischner]

Uwielbiam te „problematyczne” momenty, bo to właśnie one uczą komunikacji. Uwielbiam tę komunikację, która wychodzi poza schematy i  przełamuje dotychczasowe wyobrażenie na temat dialogu. Uwielbiam odwracać się w kierunku obcych osób, które zaczynają mówić. Uwielbiam moment, w którym osoba bezdomna opowiada (nawet głośniej) i szuka wzrokiem drugiego spojrzenia. Uwielbiam wtedy podzielić się tym spojrzeniem i widzę to poruszenie i kruchość momentu. Dostrzegam jak ważna jest ta chwilowa uwaga, zainteresowanie, jak wielki jest głód przekazania jakiejkolwiek wiadomości, dotarcia z nią do drugiego.  Pęka mi serce, słucham, przeprowadzamy dialog, jednocześnie wszystko staje się „problematyczne”. Zaczynam czuć inaczej, pasażerowie obok odchodzą. Wysiadam już zupełnie inna. Przepełniona nową treścią. Uwielbiam odpowiedzieć „dzień dobry” po raz piętnasty, gdy ta sama kobieta przechodzi autobusem, powtarzając pozdrowienie. Wszystko znów staje się inne, problematyczne w ten sposób, że wywraca dotychczasowe wyobrażenie o drugim człowieku. Uwielbiam gdy ludzie reagują na komunikat i nie boją się na niego odpowiedzieć. Uwielbiam osoby zagadujące w pociągu, zatrzymujące innych  na ulicy, inicjujące, podejmujące próbę. Uwielbiam te momenty nie dlatego, że są czymś prostym i naturalnym. Uwielbiam je, bo wymagają zaangażowania i nie są oczywiste. Nieustannie pokazują jak mało jeszcze jestem otwarta. To właśnie te spotkania często wiążą się z wieloma pytaniami i niepewnością. To one przynoszą „świeżość”, bo są  niejednokrotnie ogromnym wydarzeniem, spotkaniem z zaskoczeniem, wyrwaniem ze świata, w którym jest tylko moje znane otoczenie. To te spotkania są często jednymi z najtrudniejszych, są decyzją, że chcę podjąć próbę zrozumienia przekazywanej treści, chcę stworzyć przestrzeń wolności i odrzucić wszelkie uprzedzenia.

„Prawdziwa komunikacja zaczyna się wtedy, gdy przestajemy naginać kogoś do swojego wyobrażenia i pozwalamy mu pozostać tym, kim jest. Wtedy możemy zacząć go poznawać ze świeżą ciekawością” [Tomasz Gaj OP]

„Ty po prostu trafiasz na dobre i ciekawe osoby.” – usłyszałam kilka miesięcy temu – „Za każdym razem, gdy spotykam osoby bezdomne proszą mnie one tylko o pieniądze i są pretensjonalne. Nie będę rozmawiać z takimi ludźmi.”

Wielokrotnie spotykam się z sytuacjami, w których człowiek na ulicy prosi mnie o pieniądze. Nie potępiam go za to. Myślę, że to świetnie, że prosi, ma do tego prawo, akceptuję to, nie oburzam się. Pytam o dzień, samopoczucie, rozmawiamy. Nagle okazuje się, że nic nie jadł, że rzeczywiście chciał kupić alkohol, bo jest tak zimno, że nie wie jak inaczej sobie radzić, bo jest uzależniony, bo tak potoczyło się jego życie. Słucham, nie potępiam, próbuję rozumieć. Tworzymy przestrzeń, w której rozmawiamy. Staje się to zupełnie naturalne, przecież ten człowiek tylko zapytał. Kupuję dwie bułki. Pan się uśmiecha, swobodnie opowiada, przyjeżdża mój tramwaj, jadę dalej. Spotkałam człowieka. Spotkałam go, bo w danym momencie podjęłam decyzję, że chcę usłyszeć i zareagować na jego przekaz.

Myślę, że to częste nieporozumienie tkwi w tym, że odbieramy tylko ten pierwszy komunikat, z góry go przekreślając i nie próbując usłyszeć kolejnego. Z góry zakładamy naszą wyższość i przekonanie o jedynej słuszności naszego sposobu postrzegania świata. Ostatnio przeczytałam, że komunikat jest jak pakunek, który stopniowo odpakowujemy. Po chwili okazuje się, że krótkie “poratuje pani złotówką” nagle zamienia się w “dawno z nikim nie rozmawiałem”, “źle się czuję” czy “tak, rzeczywiście jestem uzależniony, ale to nie jest takie proste”. Ograniczając się jedynie do powierzchownego rozumienia bardzo zawężamy sobie drogę do poznania. Potem już bardzo łatwo jest oceniać.

„Ja bym tak nie potrafił.”, „Podziwiam rozmowy z osobami bezdomnymi, ale to nie dla mnie.”, „Jestem introwertykiem, więc sama rozumiesz dlaczego nie lubię takich rozmów, nie przekonasz mnie do tego.”, „Każdy ma swoje życie. Dlaczego miałby słuchać cudzych dramatów na przystanku skoro nawet tej osoby nie znam?”– otrzymywałam podobne wypowiedzi na przestrzeni miesięcy.

Zaczynam rozumieć, że to czy jesteśmy otwarci zależy między innymi (zdaję sobie sprawę, że składa się na to jeszcze wiele innych i ważnych czynników, których w żaden sposób nie podważam) od tego  czy każdego  dnia na nowo podejmujemy decyzję ocalenia komunikatu czy też potępienia go.
Zaczynam rozumieć dlaczego tak bardzo boimy się kontaktu z ludźmi odmiennymi od nas. Dzieje się tak, bo zatrzymujemy się na pewnym etapie komunikacji i nie poruszamy się dalej albo nie wiemy, że nawet możemy, bo zakładamy, że nie jesteśmy do tego stworzeni, że nie potrafimy inaczej. Bo mamy pewne doświadczenia z przeszłości, bo tak postępuje społeczeństwo, bo niektóre reakcje są wręcz wyuczone, bo to co „problematyczne” nie jest wygodne, bo nas to nie interesuje, bo mamy wrażenie, że to nas czegoś pozbawi. Zakładamy, że o świecie wiemy znacznie więcej…

„Myślę, że aby być równym, trzeba zejść na poziom innego. I z zasady muszę zniżyć się do poziomu innego, nawet jeśli on jest wyżej ode mnie. Ale to zawsze jest akt, który polega na tym, że „idziemy do czyjegoś domu”. To ja mam tam iść. To ja mam zrobić pierwszy krok. Nie powinienem stawiać wstępnych warunków, mówić innym, by przyjęli mój sposób widzenia, mój sposób myślenia” [Papież Franciszek – „Otwieranie drzwi. Rozmowy o kościele i świecie”]

Przychodzą jednak momenty, w których nie rozmawiam, w których zamykam się na wszystkich i moja postawa nie wiąże się w żaden sposób z otwartością. Są takie momenty, w których odpowiadam krótko, w żadnym kierunku się nie odwracam. Są takie momenty kiedy gubię komunikat i mam wrażenie, że nie nigdy nie będę potrafiła już więcej poznać…

„Nie wiem czy dzisiaj pójdę na Planty, na spotkanie z osobami bezdomnymi.” – wyraziłam swoje zwątpienie w pewną środę.

„Myślałam, że nigdy nie masz takich wątpliwości.” – usłyszałam. Bardzo długo zastanawiałam się czy upadłam wtedy jako człowiek. Pamiętam, że pojawiło się we mnie ogromne zmieszanie i zaczęłam się zastanawiać dlaczego tego dnia czuję jedynie wewnętrzne zamknięcie.

Mijały tygodnie, a ja uważniej przyglądałam się dialogom, milczeniu, gestom. Przyglądałam się przekazywanej treści, nadawcy i odbiorcy, jak mówią, słuchają i próbują rozumieć. Zaczęłam czytelniej zauważać, że bardzo często przychodzą do nas sytuacje, w których zderzamy się z przekazywanym komunikatem, w których mówimy „do ściany” albo ścianą sami jesteśmy. Sytuacje, w których oceniamy, odpuszczamy, przerywamy.

„Kiedyś miałam w sobie tę otwartość na drugiego człowieka. Kiedyś potrafiłam zrozumieć osoby bezdomne, przysiąść się. Potrafiłam się wzruszyć. Dzisiaj bardzo często oceniam taką osobę. Pojawiło się takie chłodne serce.” – usłyszałam niedawno słowa człowieka, którego bardzo cenię.

Jestem niezwykle wdzięczna za te zdania, bo od tej pory zaczęłam dostrzegać momenty, w których odkrywałam w sobie „chłodne serce”. Również więcej osób zaczęło mi o takich swoich przeżyciach opowiadać. Zaczęłam dostrzegać to zamknięcie się, które jest zupełnie naturalne, które również stanowi wspomnianą wcześniej „problematyczność”. Każda reakcja na kontakt z drugim człowiekiem przemienia nas i zostawia po sobie doświadczenie. Niezależnie od tego czy zdecydujemy się na przyjęcie przekazywanej treści czy ją odrzucimy. Każdy z tych momentów, w których mamy styczność z komunikatem kształtuje nas. Każdy jest tak samo potrzebny i wymagający. Dostrzegam, że w dużej mierze budujemy samych siebie na podstawie każdorazowej decyzji dotyczącej tego czyj komunikat przyjmę a czyj odrzucę.

„Horyzont spotkania jest nie tylko horyzontem spotkania z drugim, lecz również horyzontem spotkania z sobą samym” [ ks. Tischner]

Czasem mam wrażenie, że błądzę jako człowiek, że rezygnuję z komunikacji, że nie pozwalam sobie na rozmowę, przekaz, że nie mam siły. Ostatnio próbuję te momenty  rozpoznawać i rozumieć je. Mimo, że wiele się jeszcze uczę, to zauważam, że to zupełnie w porządku, że nie zawsze potrafimy się otworzyć, że czasem przychodzą dni, miesiące, lata kiedy nie mamy siły. Zaczynam rozumieć, że nad otwartością pracujemy bezustannie i to nasza decyzja każdego dnia uczy nas tej komunikacji. Ta przekazywana treść jest pewnego rodzaju doświadczeniem, a nawet „wydarzeniem”. Wydarzeniem związanym z poznaniem, „wyjściem poza siebie”, działaniem wbrew stereotypom. Wydarzeniem na miarę wielkich konferencji, a czasem jedynie drobnych spotkań. Jeżeli spojrzymy na te wszystkie chwile, w których zrezygnowaliśmy z komunikacji albo zamknęliśmy na kogoś naszą serdeczność, jesteśmy w stanie zobaczyć, że one też nas w pewien sposób ukształtowały, zaprowadziły nad do punktu, w którym obecnie się znajdujemy i pozwoliły (albo ciągle pozwalają) nam samym dojrzeć do przyszłych komunikatów, które będziemy otrzymywać. Myślę, że ważne jest aby akceptować te momenty i przechodzić wtedy również na poziom komunikacji z samym sobą, na którym jesteśmy w stanie powoli ogrzewać nasze serce.

W chwilach, w których siedzę i nic nie mówię, w których nie wiem po co, jak i wszystko wymyka się ze wszelkich schematów, w chwilach, w których gubię gdzieś komunikację przypominam sobie niezwykłe słowa papieża Franciszka, które zaprowadziły dalej moje myślenie:

„Każda ludzka komunikacja […] powinna uniżać się, by być komunikacją prawdziwą. Zejść na poziom innego. Uniżyć się, nie dlatego, że ten inny jest niższy ode mnie, lecz poprzez gest pokory, wolności. […] To reguła: jeśli nie wyjdę z siebie, by wyruszyć drugiemu naprzeciw, uniżając się, komunikacja nie będzie możliwa! Komunikowanie się, ujmując rzecz w możliwie najprostszy sposób, to akt pokory. Nie można porozumiewać się bez pokory”

Komunikacja jest przedziwną i piękną formą poznania, a jednocześnie nie zawsze tak oczywistą. Niejednokrotnie zaskakuje mnie i wyrywa ze znanych schematów. Każde doświadczenie drugiego człowieka wręcz uczy  nowego odbioru treści i zrozumienia. To samo przynosi jego brak oraz milczenie. To samo przynosi niemoc. Zamknięte serce spotyka nas na różnych etapach, w rożnych okolicznościach, czasem blokuje się w trakcie sekundy, nagle otwiera się i zachwyca. Nazwałabym to procesem i drogą, w której uczymy się dialogu – jednocześnie z innymi, jak i z samym sobą. Myślę, że warto jest dostrzegać te dwa aspekty komunikacji, akceptować je i codziennie na nowo zadawać sobie tak ważne pytanie: ocalę czy potępię komunikat?