O rodzinie, która objęła mnie najmocniej na świecie

By 24 sierpnia 2019zaproszenie

Do Polski przyjechali z Czeczenii. Mieszkają tu już cztery lata. Poznaliśmy się w Krakowie. Wczoraj ponownie spotkaliśmy się w Warszawie.

Nie znamy się długo, a mam wrażenie, że już naturalnie powstała między nami ciepła serdeczność. Poczułam to jeszcze w Krakowie, gdy dzięki wspaniałej (!) Monice, miałam możliwość poznać piątkę rodzeństwa, która przyjechała do niej na weekend. Byliśmy wtedy na przedstawieniu w Cricotece, spacerowaliśmy, jedliśmy lody i graliśmy w “Monopoly”. Już wtedy przekazali mi ogromną dawkę energii, szczerości i uśmiechu. Umówiliśmy się, że zobaczymy się ponownie, gdy będę w Warszawie.

Taka okazja przyszła wczoraj. I przypomniałam sobie wartość i siłę tych spotkań.

***

Czekamy z Moniką na placu Zamkowym. Monika specjalnie zatrzymała się na ten czas w Warszawie. Gdy pojawia się Zuli, od raz wita nas mocnym uściskiem. Wygląda pięknie, uśmiecha się. Spacerujemy, rozmawiamy, zatrzymujemy się, żeby usiąść. Obserwujemy ludzi, którzy przedstawiają na ulicy swoje talenty i zastanawiamy się, co każda z nas mogłaby zaprezentować. Chwilę później jedziemy już do mieszania mamy Mileny i piątki rodzeństwa, w którym wszyscy mamy się spotkać.

Gdy tylko wchodzimy, czternastoletnia Liana przytula się do Moniki. Zaraz potem Marha. Obserwuję to nieco z tyłu i wzruszam się wewnętrznie. Zaraz potem sama doświadczam tego uścisku, tego unikalnego przywitania. Mam wrażenie, że nikt nigdzie tak ciepło mnie nie wita, że to po raz kolejny ta rodzina obdarza mnie niezwykłą serdecznością i miłością. Bo odczuwam to za każdym razem, gdy mnie przytulają, a robią to często i swobodnie.

Zuli chce pokazać mi widok z balkonu.  Rzeczywiście jest imponujący. „Widać nawet Wisłę!” – mówi. Jesteśmy na dwunastym piętrze. Podchodzi do nas również piętnastoletni Łom Ali. Zapewnia, że nie boi się wysokości. Stoimy i wspólnie patrzymy przed siebie. Oboje dodają, że wieczorem światła budynków wyglądają jeszcze lepiej. Jest w tym momencie duży spokój. Przynajmniej wewnątrz mnie, bo z mieszkania już dochodzą radosne głosy.

W mieszkaniu spotykamy również Kamila, który już od około dwóch lat udziela korepetycji i pomaga rodzinie. Czeka na najmłodszego z rodzeństwa.

Po chwili do domu przychodzą Ramzan i jego mama, Milena. Dwunastoletni Ramzan poznaje mnie po chwili i oczywiście obejmuje. Mamy jeszcze nie znam, więc chcę się przywitać gestem wyciągniętej ręki, ale w tym momencie również doświadczam kolejnego objęcia. I zachwyca mnie ta dobroć, to niezwykłe otwarcie na drugiego człowieka.

Gdy Ramzan się uczy, my siedzimy w pokoju naprzeciwko i kontynuujemy rozmowy. Łom Ali prezentuje nam swój pierścień, który dostał od kolegi. Mama Milena przygotowuje w kuchni posiłek. Jest energicznie, co chwila ktoś chce mi coś pokazać albo czymś się podzielić. I to jest właśnie druga serdeczność, której doświadczam. Wszyscy chcą się dzielić. Cukierkami, owocami, słowem, uśmiechem. Nieustannie.

Monika uważnie słucha, zadaje pytania, rozmawia. Radzi, ciągle znajduje okazje, żeby pomóc. Próbuje znaleźć szkołę, rozwiązanie, elektryka. Jest chodzącą miłością. Takie mam wrażenie już od dawna. Gdybym jej to powiedziała, na pewno by zaprzeczyła. W każdym jej geście, słowie, uśmiechu jest troska, dobroć, czułość. Jest jednocześnie pewna, stanowcza i konkretna. Nie wiem jak łączy w sobie te wszystkie cechy… Myślę, że nie tylko ja ją tak bardzo podziwiam.

Gdy jemy, Liana mówi, że w przyszłości będzie wykonywać trzy zawody na raz. Będzie policjantem, weterynarzem i pisarzem. Później jeszcze chwilę rozmawiamy o pisaniu książek. Jest pewna, że chciałaby być autorką kilku. Nie teraz – ale kiedyś zdecydowanie tak. Możliwe, że Zuli będzie tworzyć piękne fryzury, a Marha ubrania. Ciągle jednak nic nie jest oczywiste.

Mama Milena przygotowuje kolejny posiłek w kuchni, a my nadal rozmawiamy. Nie chce pomocy. Bardzo dobrze jednak słyszy, o czy mówimy i co chwila wygląda do pokoju, żeby coś dodać albo po prostu się zaśmiać. Ma piękny uśmiech i humor. Stwarza atmosferę otwartości. Coś sprawia, że czuję się jak w domu…

Przed moim wyjściem chcemy jeszcze zrobić sobie wspólne zdjęcie. Początkowo ma być to selfie, ale potem decydujemy się usiąść na kanapie. Zanim je wykonamy minie trochę czasu. Ciężko w tym samym momencie namówić każdego. Ktoś patrzy w telefon, ktoś biega po pokoju, rozmawia, jest obrażony, śmieje się i tak bez końca. I w tym radosnym zamieszaniu przechodzi mi przez głowę szybka myśl. Czuję się trochę tak, jakbyśmy robili portret rodzinny. Uśmiecham się do tej myśli, chyba nawet wypowiadam ją na głos. Łom Ali odkłada telefon, gdy słyszy, że będzie sławny. Możemy robić zdjęcie. Aparat trzyma mama Milena.

Żegnam się ze wszystkimi po kolei. Czeka na mnie nauczyciel Kamil, bo zapewnił, że pokaże mi drogę do autobusu. Liana automatycznie bardzo mocno mnie obejmuje, mówi, że musimy jeszcze kiedyś porozmawiać o książce. Zuli dziękuje mi za spotkanie, wiemy, że zobaczymy się ponownie w Krakowie, gdy przyjedzie już po raz drugi pomóc przy “Metamorfozach”, czyli wydarzeniu, podczas którego osoby ubogie i bezdomne mogą skorzystać z bezpłatnych usług najlepszych fryzjerów z Krakowa. Przytula mnie Monika, Marha i Ramzan. Łom Ali podaje rękę. Zanim wejdę do kuchni, żeby pożegnać się z mamą rodzeństwa, wbiega do niej Liana –  „Cześć, mama, trzymaj się!” – śmieje się, a ja zaraz po niej dziękuję. To był piękny czas.

Patrzę teraz na zdjęcie, które zrobiła nam wczoraj mama Milena i się uśmiecham. Przychodzi też wzruszenie. Ogromnie zachwyciła mnie ta rodzina i polubiłam ich całym sercem. Jest w każdym z nich coś pięknego. I już nie mogę się doczekać, gdy spotkamy się ponownie, gdy znowu poczuję ten unikalny uścisk, doświadczę tej pędzącej wszędzie energii i usłyszę proste, ale bardzo szczere: „chcesz cukierka?”.