Nazywamy siebie ludźmi

By 7 października 2018tutaj zacznij, zaproszenie

Irytuje mnie ta ponura prawda i cicho rodzi się bunt, który mówi, że nazywamy siebie ludźmi. Jednocześnie porusza mnie to niespokojne stwierdzenie, że człowieczeństwo jest równoznaczne z posiadaniem domu, a każdy gest wyciągniętej ręki haniebnym wykroczeniem. Pojawia się we mnie frustracja związana z wrogim nastawieniem do żebrzącego i tym samym dziwią mnie miliony usłyszanych skarg na tych, którzy próbują spać na klatkach schodowych. Obojętność ludzkości na rzeczy ważne bezpowrotnie rośnie i czasem wydaje się, że osiąga wymiar nieskończoności. Zastanawiam się kto tak naprawdę jest człowiekiem? Kto dał nam moc, żeby tworzyć definicje i kto powiedział, że to my decydujemy o tym, kto z nas ma prawo godnie żyć? Kto pozwolił nam oceniać cudzą przeszłość i kiedy zrozumiemy, że wcale nie jesteśmy lepsi? Dlaczego nie pochylamy się nad żebrzącym, któremu wrzucamy pieniądz i nie rozpoczynamy rozmowy? Dlaczego nie wysłuchamy z szacunkiem człowieka, który sam zagaduje do nas w autobusie? Skąd pojawiają się w nas bariery, które nie pozwalają nam zapytać bliźniego na ulicy jak się czuje?

Istnieje w nas ogromny strach. Strach przed drugim człowiekiem, który jest inny. Inny od nas. Budujemy swoją definicję normalności, paradoksalnie oddalając się od odkrycia jakiejkolwiek prawdy. Próbujemy poruszać się na kilku płaszczyznach, wmawiając sobie, że to my jesteśmy tymi porządnymi ludźmi. Ludźmi…?

Perfidnie omijamy każdego, kto odbiega od tego dobrze nam znanego schematu. Każdy, kto prosi jest insektem. Każdy, kto wyciąga w naszym kierunku otwartą dłoń jest problemem. Nie potrafimy wyobrazić sobie kontaktu z trudem, brudem, alkoholem. Wydaje się nam, że angażując się w takie życie, stracimy coś bezpowrotnie, że ubóstwo nas przesiąknie, że ktoś pomyśli, że jesteśmy tacy sami. Tylko, że cała idea tego duchowego świata polega na tym, że właśnie tacy sami jesteśmy, że jesteśmy równi. Ktoś po prostu ma zbyt wiele. Dlatego moment, w którym próbujemy przekazać coś od siebie jest dla nas paraliżujący. Musimy poświęcić czas, oddać jedzenie, wskazać drogę, wysłuchać. Prostota tych czynności nas przerasta. Automatycznie stawiamy siebie w lepszej pozycji, bo to my jesteśmy tymi, którzy mogą się czymś podzielić. Ten, kto niczego nie ma jest dla nas z góry stracony. W takim razie czy gdybyśmy nie mieli nic, bylibyśmy tak bardzo inni? Czy to, co posiadamy tak naprawdę należy do nas? Uwiązujemy się  posłusznie w naszym świecie, a każdej napotkanej niespodziance nadajemy szorstką i usprawiedliwiającą nas definicję: prostak, pijak, żebrak, śmieć…

Kiedy myślałam o tych definicjach zaczynałam rozumieć, że ich źródłem jest brak prawdziwego spotkania. Prawdziwego spotkania, które pochodzi od kontaktu z drugim człowiekiem. Miałam okazję ostatnio doświadczyć takiego rodzaju duchowego luksusu, który wskazał mi moje wewnętrzne ubóstwo. Jadę tramwajem. Wagon pełny, pasażerowie stoją i tłoczą się zdenerwowani. Tylko trzy miejsca zostały puste. Na czwartym siedział bezdomny mężczyzna. Pamiętam jak obserwowałam, z rosnącą wewnętrzną niezgodą, niezmiennie powtarzający się schemat: ludzie wchodzą, podnoszą głowę, czują charakterystyczny zapach, napotykają “niebezpieczny” wzrok, chwilę się wahają i zarządzają paniczny odwrót. Jak najdalej… Bo nigdy nie wiadomo…Jedna z kobiet przeklęła i skomentowała „nieludzką sytuację”. Wewnętrzny ucisk dusił mnie od środka i kazał natychmiast usiąść na wolnym miejscu.  Wtedy właśnie poczułam największy spokój ze wszystkich. Spokój, który rozlewał się po całym ciele i wzruszał bezgranicznie. Bezdomny mężczyzna podniósł głowę, zdziwiony, że siedzę naprzeciwko niego. Wymieniliśmy pełne łez spojrzenie i to właśnie ono zmieniło wszystko. Zmieniło wszystko, bo nagle w tak prozaicznej chwili pozwoliło dostrzec człowieka, pośród tłumu pasażerów. Nagle ta wymiana porozumienia otworzyła otwarte już oczy i przemieniła umysł. Nagle odgrodziła cały wszechświat i uświadamiała, że moc płynąca od drugiego człowiek jest nieskończenie wielka. Rodziła się niesamowita świadomość prawdziwego spotkania.

Drugi raz mocno odczułam tego rodzaju świadomość pewnego wieczoru, kiedy zmierzałam na Mszę w kierunku Kościoła, zastanawiając się dlaczego tak wcześnie wyszłam i czemu moja nieuwaga miała służyć. Szybkim krokiem szłam przed siebie i nagle się zatrzymałam. Nie sądziłam, że mogłabym przejść obok tego widoku obojętnie. Na ławce, na przystanku, siedział skulony człowiek. Bujał się do przodu i do tyłu. Niezmiennie, bez zatrzymania, wolno, smutno… Co poruszyło mnie mocno, to fakt, że ledwo można było dostrzec jego spojrzenie. Miał na sobie cienki, szary szalik nasunięty prawie na oczy. Długo się wahałam. Coś jednak powiedziało mi, żebym obok niego usiadła. Zapytałam  o samopoczucie. Nie otrzymałam odpowiedzi. Zapytałam czy jest głodny. Cicho i niepewnie powiedział, że nie. Zapytałam czy chce kanapkę. Cicho i niepewnie powiedział, że nie. Nie odwrócił się w moją stronę. Ciągle się kiwał. Ponownie zapytałam jak się czuje. Powiedział, że nie ma pieniędzy. Nie wyczułam tego, jako rodzaju prośby, ale jako wyznanie problemu. Jeszcze chwilę  mówiłam, próbując utkać coś mądrego, ale wiedziałam, że jestem bezsilna. Miałam wrażenie, że nie potrafię mu pomóc. Ciągle się kiwał. Po kilku minutach ciszy powiedziałam mu, że idę do Kościoła i, że się za niego pomodlę. Wstałam. Coś znów podpowiedziało mi, żebym się jeszcze odwróciła i nagle zobaczyłam jak mężczyzna, z którym rozmawiałam, podnosi głowę. Zobaczyłam w końcu jego oczy i zamarłam. Niektórzy mówią, że jedno spojrzenie potrafi odmienić człowieka.  Patrzyliśmy się na siebie przez kilka sekund, a ja czułam, że przemienia się moje serce. Zrozumiałam, że tylko w drugim człowieku możemy odnaleźć Boga, że tylko w drugim człowieku znajdujemy bogactwo, że jeden gest jest w stanie odmienić każdy problem. Jedno spojrzenie zatrzymuje przypływ żalu, zabiera smutek, eliminuje trwogę. Jestem przekonana, że istnieją właśnie takie spojrzenia. Takie, których nie da się opisać zwykłymi słowami, takie, które płyną z wiary  i przekonania, że nie mamy prawa przechodzić obok ludzi obojętnie. Czy naprawdę chcemy iść ulicą niezauważeni? Czy naprawdę chcemy wracać do domów jak najszybciej? A co jeśli, żaden z domów, które tu, na ziemi, posiadamy nie należy do nas?

Każdego dnia rodzi się we mnie ogromny bunt. Ogromny bunt do ludzkości i do samej siebie. Bunt w stosunku do tego, że mijamy ludzi obojętnie, że przechodzimy obok spojrzenia jakbyśmy nigdy nie byli nikomu potrzebni, jakbyśmy sami nigdy nie potrzebowali pomocy. Bunt skierowany do stwierdzenia, że tak pewnie nazywamy siebie ludźmi, że lekką ręką odbieramy innym ten przywilej. Mocno wierzę, że każda wyciągnięta dłoń krzyczy o rozmowę, mówi, że potrzebuje chwili. Krzyczy, że to życie nie zawsze jest sprawiedliwe i, że definicja bogactwa nigdy nie będzie odpowiednią miarą. Błaga o szacunek, o wzruszenie i nieskończony śmiech. Woła o jedzenie, które jest pretekstem, o ratunek i dojrzałość, bo trywialna inercja nigdy nie będzie w stanie stworzyć jedności.

Stąd codziennie, na nowo, powraca do mnie jedno i to samo pytanie. Pytanie, które jest moim wewnętrznym manifestem: ile człowieka jest w człowieku skoro nie potrafimy dostrzec go w ubogim, który wyciąga rękę?

 

Ten tekst możesz również przeczytać na deon.pl  :

https://www.deon.pl/religia/duchowosc-i-wiara/zycie-i-wiara/art,4765,sytuacja-ktora-odmienia-cale-zycie-przydarzyla-mi-.html?fbclid=IwAR0VzifcI1buJJiHtvYZrwhRXI_ZxzjxQ4zxrzMxbmEBShb1D_yzhIhAsNw