Najmniejsze serca

By 30 października 2018zaproszenie

Minione tygodnie naprowadzają mnie do nieustannych myśli o tych, których już nie ma. Rozrywają od środka i nie pozwalają skupić się na niczym innym. Z drugiej strony nie chcę skupiać się na niczym innym. Niezależnie od tego, co robię i gdzie jestem. Wręcz celowo. Uparcie. Ludzie bezdomni, których mróz w zeszłym roku pokonał i teraz miał to zrobić ponownie. Uchodźcy, którzy utonęli w Morzu Śródziemnym. Najmniejsze serca, które widziałam jeszcze kilka miesięcy temu podczas praktyk w szpitalu. Bardzo chciałabym mieć w sobie siłę, żeby napisać więcej o dwóch pierwszych. Jeszcze nie potrafię. Ilekroć zaczynam, klawiatura zalewa się pewnego rodzaju osobliwym deszczem, pojawiającym się wraz z myślami i niektórymi wspomnieniem. Czuję, że ostatecznie uda mi się stworzyć choćby kilka zdań. Na razie pozostają one jednak we mnie rozbite na poszczególne fragmenty. W związku z tym czuję potrzebę podzielenia tego tematu na dwie części, występujące kolejno po sobie w tym i następnym tygodniu.  Dzisiaj jestem w stanie napisać o wydarzeniach sprzed kilku miesięcy, które wprowadzają w moim sercu bardzo aktualne odczucia. Z jednej strony ten tekst stanowi pewnego rodzaju niezrozumienie niektórych zależności, z drugiej wdzięczność za każde życie, które odpowiedzialnie posługuje się istnieniem. I mimo, że wspominam tych najmniejszych, to głęboko czuję, że tak naprawdę dotyczy to każdego człowieka, którego już nie ma i o którym jeszcze nie potrafię napisać.

Stałam spokojnie z kamienną twarzą, pasującą do całego otoczenia. Wewnątrz mnie odgrywała się największa walka wszechczasów. Walka z rozpaczą, z niezrozumieniem, przerażaniem. Przede mną powoli ześlizgiwało się drobne serce na specjalnej tacy znajdującej się w prosektorium. Patrzyłam na małego chłopca, który żył zaledwie kilka dni. Choroba odebrała mu możliwość dalszego rozwoju. Teraz leżał bez ruchu. Nienaturalnie. Co pewien czas zerkałam na to małe serce podczas, gdy doktor pokazywał mi i opisywał pozostałe narządy dziecka. Patrzyłam i słuchałam bardzo świadomie. Rodził się we mnie krzyk. Krzyk, który przyjmował coraz wyższą skalę. Lekarz chyba to dostrzegł, ale nie był w stanie nic usłyszeć, więc nie reagował. Mimo świadomości różnych dróg życia, miałam wrażenie, że nie tak to powinno wyglądać. Miałam wrażenie, że to serce powinno bić jeszcze bardzo długo, że  mózg tego dziecka powinien się sprawnie rozwijać, chłopak powinien zdobywać nowe umiejętności, zaskakiwać i kreować otoczenie. Jego wnętrze powinno przypominać mu, że żyje. Powinien dostrzegać, że może czytać, pisać, biegać, choćby oddychać. Nie godziłam się na ten widok. Nie chciałam się godzić. Nie rozumiałam dlaczego to serce leżało przede mną tak bez ruchu i dlaczego nic nie wskazywało na to, że zabije ponownie.  Nie potrafiłam zrozumieć dlaczego niektóre życia musiały odchodzić tak wcześnie. Nie rozumiałam dlaczego niektórzy dostawali tę szansę i dlaczego niektórzy jej nie otrzymywali. Ostatecznie nadal nie rozumiem dlaczego to my dookoła wykazujemy wszystkie podstawowe funkcje życiowe i dlaczego przyjmujemy to jako coś pewnego?

Kiedy wyszłam z prosektorium nie byłam w stanie swobodnie oddychać. Paradoksalnie jednak wciąż żyłam. Oddaliłam się na sam koniec korytarza i  upadłam na krzesło. Powoli od początku odtwarzałam w sobie wszystko to, co zobaczyłam. Powoli każdy obraz stawał się jeszcze bardziej wyraźny, każda emocja stokrotnie się wzmacniała. Patrzyłam przed siebie, ale myślami ciągle byłam na sali. W mokrych kroplach odbijały się wspomnienia krótkiego życia. Myślałam o kobiecie, która straciła to dziecko. Myślałam o kobietach, które patrzyły na dorastanie swoich dzieci. Myślałam o siostrze, której nigdy nie poznałam. Próbowałam zrozumieć tę przedziwną zależność i ból wszystkich matek i ojców, którzy kiedykolwiek musieli to przeżyć. Zastanawiałam się i bezustannie zastanawiam  kto w jaki sposób zasłużył sobie na to życie i kto je tak szybko tracił?

Wróciłam do domu, patrzyłam ponad godzinę w sufit niezdolna do jakiejkolwiek czynności. Potem wstałam w porywie niezrozumienia, o którym już wspomniałam i zaczęłam pisać. Uderzałam mocno w klawiaturę, chyba mocniej niż kiedykolwiek. Przepełniały mnie różne emocje, które biły się o próbę wyjaśnienia mi czegokolwiek. Nie rozumiałam nic, a chciałam wiedzieć tak wiele. Powoli docierała do mnie śmiertelna, a jednocześnie bardzo życiodajna prawda, która miała chodzić ze mną już na zawsze. W ostatnich dniach jej świadomość nasiliła się jeszcze mocniej.

Powoli zaczynałam rozumieć, że zyskujemy ogromną szansę, która nazywa się  istnieniem. Zaczynałam rozumieć, że wcale nie jest ona czymś przypadkowym, ale stanowi pewnego rodzaju drogę, której każdego dnia mamy się uczyć. Zaczynałam rozumieć, że każda sekunda jest czymś niesamowicie cennym, a jednocześnie czymś bardzo błahym, co równie szybko może się pojawić jak i zniknąć. Ostatecznie zaczynałam rozumieć, że życie jest wielką odpowiedzialnością, której nie można tak zwyczajnie lekceważyć. Niektórzy wypominają mi trywialność tych zdań. Mam jednak silne poczucie, że widząc te spokojne ciała zrozumiałam, że jest coś bardzo istotnego w przyjmowaniu tej prawdy, że niesamowicie ważny jest szacunek do istnienia, a jednocześnie pokorna świadomość, że  nie jest ono niczym pewnym ani danym nam na zawsze. Zachwyca mnie ta świadomość, a jednocześnie myślę, że stanowi ona gotowość do budowania w sobie troski. Ale nie bojaźliwej troski, tylko takiej, która wewnętrznie instruuje do aktywnego działania i tym samym stwarza szansę na zbudowanie swojej drogi we właściwy sposób.

Cena życia jest ogromna. To, że akurat my żyjemy jest dla mnie wielką zagadką, której nie chcę lekceważyć. Jeżeli dostaliśmy taką szansę to mocno wierzę, że nie jest to przypadek. Jest to pewnego rodzaju apel o zaangażowanie. Apel o  uważność na każde wydarzenie, stanowiące część indywidualnej misji, apel o ukłon w kierunku tych na przekór niecofających się sekund.

Tego dnia obiecałam sobie przeżywać to życie, za wszystkie te dzieci, którym nie dane było poznać dorosłości. Obiecałam sobie codzienną myśl za wszystkie te dzieci, które wygrały tak szybko w imię innej drogi  i za rodziców, którzy przeżywali  stratę.

Obiecałam sobie odpowiedzialne istnienie, pamiętając o tych wszystkich małych sercach. Obiecałam sobie nie tracić choćby sekundy.

Następny dzień po tym, w którym pokazano mi sekcję, był dniem zaskakującym, jednocześnie ciągle bolesnym. Mimo, że nic spektakularnego się nie wydarzyło, każdy moment był wyjątkowy. Miałam wrażenie, że obok mojego nauczonego, przyzwyczajonego serca pojawiło się takie zupełnie mniejsze, nowe, ciekawe każdej spotkanej osoby i emocji. Myślę, że to silne połączenie tej pewności z odważną dociekliwością było pięknym doświadczeniem. Od kilku miesięcy nosiłam w sobie to moje i to małe serce. Kiedy wydawało mi się, że tak już zostanie na zawsze, wtedy zaczęły dobudowywać się do nich zupełnie nowe cząstki i nowe stany, których nigdy nie przeżywałam. Miałam wrażenie, że powoli zamieszkiwały we mnie nowe życia, nowe historie. Powoli rozumiałam, że ten proces miał się nigdy nie skończyć.

Wszystko, co nastąpiło potem zaczęło się od obejrzenia dokumentu „Fishers Of Men”, który zobaczyłam na stronie na facebook’u: „Rethinking Europe’s Refugee Crisis”, do którego obejrzenia zachęcam Was już dzisiaj, a więcej opowiem w następnym tygodniu.

Dokument możecie zobaczyć tutaj:

http://www.fishersofmenfilm.com/?fbclid=IwAR2h7Oo8FhzEMYLhfnQZvozobAdHJIB5XQ3714GLa3SJkKvo_EWe0mIf3hI