Każdy ma swoją prawdę

By 11 grudnia 2018zaproszenie

Gdy 26.11.2018 r. na Ukrainie wprowadzono stan wojenny, zaczęłam więcej rozmawiać z osobami, pochodzącymi z tamtych regionów. Usłyszałam dużo obaw. Obaw o ojczyznę, rodzinę i samych siebie. Znów poczułam to charakterystyczne ukłucie serca, które przypomina, że trzeba zacząć działać. Stąd zrodził się pomysł modlitwy o pokój na Ukrainie, którą współorganizowałam w poprzedni czwartek (tj.06.12.2018 r.) wraz ze wspólnotą działająca przy Kościele św. Mikołaja, „Taizé Kraków WAJ” oraz Cerkwią Podwyższenia Krzyża Świętego. Modlitwa była jednak tylko początkiem dialogu, który wspólnie zaczęliśmy prowadzić…

 Jeden organizm

„Podobała mi się ta modlitwa o pokój. Wydaje mi się, że po raz pierwszy zorganizowano takie wydarzenie.” – zaczyna spokojnie Mariana, pochodząca z Żytomierza. Obecnie mieszka i studiuje w Polsce – „Były już modlitwy w intencji innego kraju, ale takiej nie słyszałam, w takiej nigdy nie uczestniczyłam. W  ogóle to było coś świetnego! To było coś tak bardzo zrzeszającego! Nie tylko pomiędzy moimi rodakami, ale też pomiędzy wspólnotą polską i naszą wspólnotą, jaki i również pod egidą różnych wyznań religijnych. Chyba dla mnie najbardziej zaskakujące było to, że najgłośniej  modlitwy były śpiewane po ukraińsku. Ja słyszę swój język wzmocniony dwa, trzy, cztery razy.  Przez cały czas miałam gęsią skórkę.”

Mariana na chwilę przerywa i się zamyśla. Czekam, aż będzie gotowa mówić dalej.

„Dużo ludzi przyszło. Nie spodziewałam się aż tylu. Były rożne modlitwy, nawet starosłowiańskie. To 10 minut milczenia, żeby jakoś swoje myśli pozbierać w głowie i  zostać z Panem tak jeden na jeden i porozmawiać, co byś chciał dla swojego kraju… To było ważne… Zobaczymy… Czy usłyszą nas…?”

Następnego dnia próbuję w podobny sposób opisać modlitwę Andrzejowi, pochodzącemu z Winnicy, który nie mógł w niej uczestniczyć.

Opowiadam, że całkowicie wzruszył mnie moment, w którym pieśni śpiewane były w języku ukraińskim i nic nie rozumiałam. Jedynie, co słyszałam to głosy zgromadzonych przed sobą i za sobą. Bardzo mocne i liczne głosy. Jest coś poruszającego w fakcie, że tyle ludzi zgromadziło się w jednym miejscu, żeby modlić się i prosić o pokój. Wspólnie, z ufnością i wielką wiarą w jednoczącą siłę. Było w tym wiele nadziei. Ostatecznie mówię, że miałam wrażenie, jakby…

„… jakby to był jeden organizm.” – dokańcza za mnie Andrzej, a ja mu przytakuję. Rozumie to doskonale, mimo, że go z nami nie było. Nie mógł tego lepiej podsumować.

Początki

„W ogóle z tym stanem wojennym to jest trudna historia.” – rozpoczyna Mariana – „Jak dobrze wiadomo, wszystko zaczęło się w 2014 roku. Wtedy nastąpiła eskalacja konfliktu i aneksja Krymu. To była tak jakby „milcząca aneksja”. Przyszli ludzie. My nazywamy ich „zielonymi człowieczkami”, bo nie mieli nic na ubiorze, żadnych znaków, które by świadczyły o tym, do której armii przynależą. Tylko zielone uniformy. Przyjechali na czołgach i po prostu zabrali Krym. Po prostu. Oddaliśmy Krym. Wtedy nie było prezydenta nawet. Prezydent uciekł i nie wprowadzono stanu wojennego. Nie wprowadzono, bo nie wiadomo kto był agresorem. Wszyscy wiedzieli, ale zdjęcia pokazywały, że to byli ludzie w zielonych uniformach. Bez żadnych znaków. I to oczywiście specjalnie.”

„Stan wojenny trzeba  było wprowadzić jeszcze w 2014 roku, kiedy wszystko się zaczęło. – stanowczo wyjaśnia mi Andrzej – „Ale nie mogliśmy. Ciężko było udowodnić Europie, kto jest agresorem. Mieliśmy wtedy jeszcze traktat o przyjaźni z Rosją. Teraz został wydany nakaz zerwania go, pewnie odbędzie się to w kwietniu. Poza tym Rosja zajmuje drugie miejsce  na świecie pod względem armii. My byliśmy daleko za nią. To nie miało szans powodzenia.”

Andrzej również jest studentem. Kilkukrotnie podczas naszej rozmowy zaznacza, że codziennie śledzi najnowsze wiadomości i informacje dotyczące swojego państwa. Jego tata jest prawnikiem wojskowym.

„Nie mamy już Krymu. Z jakiej racji ktoś zabiera komuś część terytorium i mówi, że należy ono do niego? O Donbasie już nawet nie mówię. Tam ciągle trwa wojna. Każdego dnia w wiadomościach słyszę, że kogoś zabito. Dla Ukraińców stało się już to normalne. To straszne….” – dodaje i przerywa, żeby napić się herbaty. Tymczasem  jego ostatnie słowa przypominają mi opowieść, którą usłyszałam od Mariany dnia poprzedniego…

„Gdy wszystko się zaczęło ja byłam jeszcze w liceum.” – cicho rozpoczyna Mariana – „Wtedy dużo osób zostało zmobilizowanych. To była ogromna fala. W pierwszych etapach poszli rodzice moich znajomych z klasy. Byli to ci, którzy pracowali w wojsku albo byli gdzieś w rezerwie. Niektórzy nie wrócili. Moi znajomi zostali bez jednego rodzica. Dużo osób miało poranione nogi i dostali się do wojskowego szpitala. Dlatego w 2014 roku zorganizowaliśmy razem z klasą taką akcję charytatywną i poszliśmy do jednego ze szpitali. Mieliśmy wtedy około 15 lat. Zranieni ludzie musieli być transportowani do nas – aż do północy, do Żytomierza. Pierwsze, co było przerażające, to warunki jakie tam panowały. Nie wierzyłam. Ogromna ilość osób w jednym pokoju, dużo łóżek. Przynieśliśmy różne rzeczy, narzędzia do golenia, jedzenie… Główny lekarz tego szpitala  powiedział, że on nie jest pewien jak zareagują ranni na naszą obecność. Powiedział tylko szybko: „No wejdźcie. Nie wiem, po prostu wejdźcie. Może ktoś zechce porozmawiać”. Bo ja chciałam napisać krótki artykuł do naszej gazety szkolnej. Teraz na to patrzę i myślę, że to było nieodpowiednie. Bo o czym niby chciałam rozmawiać? Wczoraj ten człowiek widział jak ktoś umiera, pada u niego pod nogami, a teraz ja chcę o tym rozmawiać? Nawet pytanie o samopoczucie brzmi jakoś nieodpowiednio. No, ale wtedy taki miałam pomysł. Więc weszłam, zostawiłam rzeczy na stole i na zwykłe „dzień dobry” nie usłyszałam żadnej odpowiedzi. Co więcej, ludzie zaczęli się chować pod kocami. Do dziś to pamiętam. Wszyscy odwracali się do ściany. Nikt nie chciał rozmawiać. Byłam przerażona. Wiedziałam kilka osób bez nóg. To były młode osoby. Nikt nie chciał rozmawiać. Nikt. Wszystko zostawiłam. Puste milczenie. Poszłam. A przecież my przyszliśmy tylko ze szkoły… Nie byliśmy tym czynnikiem agresywnym..”

Mariana patrzy przed siebie. Gorąca czekolada, w papierowym kubku przed nią, stoi nieruszona.

„Potem zobaczył nas pewien pułkownik i zaprosił do siebie. Miał zranienie ręki. Stał na korytarzu, zaczął rozmawiać. Zapytał, co przynieśliśmy. Powiedzieliśmy, że mamy jabłuszka, winogrona, bandaże. Chętnie zaprosił nas do siebie. Tu było widać różnicę – miał swój  mały pokój z własną toaletą. Od razu zaczął jeść jabłka, które przynieśliśmy. Płakał. Odważyłam się zapytać dlaczego w taki sposób reaguje na owoc. Wtedy powiedział: “Teraz dzieciaki ja was nauczę, jak trzeba jeść jabłka” . Potem okazało się, że był jeńcem wojskowym pod Donbasem. Był trzymany w więzieniu przez pół roku. Tłumaczył, że były to podziemne cele. Jedzenia nie dawano. Mówił, że czasami dostawali zgniłe jabłka. Zapamiętał to, bo bardzo lubił te owoce. Zawsze zjadał cały owoc, nawet tę zgniłą część, bo tak bardzo chciało mu się jeść. Co chwila powtarzał: „Teraz, po raz pierwszy jem jabłka. Jestem szczęśliwy, że są świeże. A ja tak lubię jabłka.” Po chwili pokazał, że zjadł całe. Nawet z końcówkami. „Tak trzeba jeść. Nic nie zostawiać” – wspomina Mariana.

To trwało i trwa nadal

„Dalej cały czas rozwijały się konflikty na wschodzie.” –  kontynuuje Mariana – „Od 2014 poprzez 2015 i 2016 rok do teraz też. Trwają walki w Donbasie. Mówi się w Rosji, że tam są separatyści. Faktycznie oni już zrobili sobie taką republikę. Mają swoje paszporty, zarządy, ministeria. Zarówno Donieck i Ługańsk. Toczą się tam okropnie krwawe walki. Jeżeli się nie mylę to 10 tysięcy osób już zginęło po tej stronie, wiesz? „ – pyta mnie Mariana, a ja nie znajduję słów, żeby odpowiedzieć – „To naprawdę dużo. I wtedy też nie wprowadzono stanu wojennego. Jak to pozycjonował cały świat, to była walka między swoimi ludźmi, że to byli separatyści, którzy mieszkali na tych terenach. My wiemy, z punktu widzenia moich rodaków, że to nie jest walka przeciwko ludziom z Donbasu… Bo takie wsparcie artylerii, takie urządzenia, z których korzystali – nigdy tego nie było na naszym terenie.”

„W przypadku walk w Donbasie był dowód. Ukraiński prezydent pokazał wtedy rosyjskie paszporty. Ale stan wojenny to dla armii  bardzo ciężka procedura. Ma to wielki wpływ na cały kraj. Niesie to ze sobą duże skutki. Wtedy nie mieliśmy takiej armii. Rosja jest drugą armią na świecie, my jesteśmy daleko za nią. Armia to nie tylko sami ludzie.„ – dodaje następnego dnia Andrzej.

„Dlatego nigdy nie mówi się o tym – wojna. Mówimy – operacja antyterrorystyczna. Operacja antyterrorystyczna. Brzmi to tak, jakbyśmy mieli terrorystów i robili operacje przeciwko nim. Ale to jest wojna. Na żadnych operacjach antyterrorystycznych nie giną młodzi ludzie. Tak masowo. I chcę przypomnieć, że na początku wojny nasi żołnierze musieli kupować własne mundury, bo nie było tyle pieniędzy w naszym państwie. Szli z nagą piersią pod kule. Pamiętam bardzo dobrze jak była organizowana zbiórka dla naszych żołnierzy. Zbiórka na podstawowe rzeczy, żeby po prostu zatrzymywać te kule.” – Mariana mówi już trochę głośniej niż na początku. Widzę, że ten temat mocno ją emocjonuje. W końcu bierze łyk ciepłego napoju.

Zmiany potrzebują czasu

„Wszyscy mówią – nic się nie zmieniło. Na przykład dla jednej osoby zmiana taka, jak rzucenie palenia zajmie dwa miesiące, rok. W tym przypadku to jest kraj! Zmiany w kraju przychodzą przez pokolenia. To długi proces. Myślenie musi się zmienić, a ono zmienia się przez pokolenia.” – tłumaczy mi Andrzej bardzo wyraźnie, próbując dobrać odpowiednie słowa. Boi się, że jego język polski nie brzmi dobrze, że go nie zrozumiem. Mówi, żebym pytała.  Zapewniam go jednak, że wszystko jest dla mnie zrozumiałe.

„Nie można jednak powiedzieć, że sytuacja się uspokoiła. Ja codziennie w naszych wiadomościach słyszę, że tyle i tyle osób zmarło, a tyle zostało zranionych. Bardzo dobrze to pamiętam jeszcze z okresu szkolnego. Prawie co dwie godziny to ogłaszano. Było wiele pogrzebów. Często ci ludzie dostawali tytuły bohaterów narodowych. To były uroczyste pogrzeby bardzo młodych ludzi. Mieli tak do 24 lat.” – słowa Mariany przebijają się do moich myśli, gdy Andrzej na chwilę przerywa. Potem doświadczę tego jeszcze kilka razy. Mam wrażenie, że te dwa dialogi wzajemnie się przenikają.

„Zmieniliśmy się bardzo.” – Andrzej wraca do swoich myśli –„Kiedyś nasza armia była czwartą armią na świecie. Potem została gdzieś na pięćdziesiątym miejscu. W 2014 roku przyjeżdżało dużo wojsk z Kanady,  a teraz to my uczymy ich. Dlatego, że nie ma lepszej nauki niż po prostu praktyka. My już możemy zrobić to, czego nie mogliśmy zrobić wtedy, pięć lat temu. Myślę, że jeszcze za pięć, sześć lat sytuacja bardzo się zmieni. Ukraina rośnie. Ludzie już rozumieją, że trzeba walczyć za Ukrainę. Pojawił się nowy rodzaj wojsk, mamy nowszy rodzaj uzbrojenia. To ciągle jednak nie wystarcza.  Potrzebujemy konkretnej pomocy. Teraz na granicy Rosja – Ukraina jest około stutysięczna armia rosyjska…”

Terytorium międzynarodowe

„Były nasze statki na Morzu Azowskim. Zaczęto je taranować. Rosyjskie statki chciały zatopić nasze statki. To był powód, żeby ogłosić stan wojenny, bo tym razem było widać na statkach godło rosyjskie. Nie separatyści, nie zielone człowieczki.” – Mariana rozpoczyna opowieść o minionych tygodniach, natomiast Andrzej następnego dnia ją uzupełnia:

„Rosja myśli, że morze Azowskie to jest jej terytorium. Dużą rolę odgrywa tu polityka. To Rosja zaczęła strzelać i niszczyć statki na terytorium międzynarodowym. Dodatkowo rosyjski samolot strzelał rakietami po ukraińskim statku. Inna sytuacja jest kiedy idą „zielone człowieczki”, a inna gdy robi to „Specnaz” i sam nawet głośno o tym mówi. Kiedy ktoś ukrywa, że coś robi to jedna sytuacja, ale gdy ktoś już nawet tego nie ukrywa i pokazuje wszystkim, to już trzeba coś zrobić. Każdy statek ma swoje konkretne położenie, które można sprawdzić. Na zdjęciach widać, że w pobliżu, gdy nastąpiło starcie Ukraina – Rosja, znajdował się inny statek. I ten statek był na terytorium międzynarodowym. Jest to udowodnione. Te statki też musiały być na terytorium międzynarodowym. Rosja jednak uparcie twierdzi, że to odbywało się na jej terytorium.”

„Zabrano jeńców wojennych, a statki aneksowano. Nikt nie chce oddać jeńców. Są w Moskwie. Najmłodszy z nich urodził się w 1999 roku. Nie mogą rozmawiać z rodzinami, adwokatów nie mają. „ – dodaje Mariana zatrwożona sytuacją. Podczas wypowiedzi często wraca myślami do rodziny i o wartości jaką stanowi. Andrzej natomiast ponownie stanowczo podsumowuje:

„Wszyscy na swoim terytorium robią, co chcą. Ludzie mogą mówić, co chcą. To ludzie. To nie dowód. Jakaś trzecia strona powinna się tym zająć, neutralna. A nie Ukraina,  nie Rosja. Na to jednak to nie ma szans.”

Na chwilę milkniemy. Nieprofesjonalnie nie potrafię nic powiedzieć. Andrzej przerywa ciszę:

„To straszne, ale około 10 tysięcy ludzi zmarło w Donbasie. To też jest straszne. To się stało teraz bardzo głośne, ale jeżeli spojrzeć na to szerzej, to codziennie ktoś umiera, kogoś zabrano, ktoś nie ma ręki, nogi. Myślę, że o tym też warto mówić. Nie tylko o tym, co wydarzyło się ostatnio na Morzu Azowskim.”

Stan wojenny i „szczęśliwe listy”

„Po zabraniu tych statków, prezydent w nocy ogłosił, że wprowadzamy stan wojenny. Śledziłam to wtedy bardzo uważnie.” – zapewnia mnie Mariana, kontynuując opowieść –  O północy zebrano Radę Bezpieczeństwa Narodowego i ogłoszono, że stan wojenny wprowadzony zostanie w każdym regionie Ukrainy, na każdym obwodzie, na dwa miesiące z możliwością przedłużenia. Decyzja jednak została zmieniona. Stan wojenny został ostatecznie skrócony do  jednego miesiąca  i ograniczymy do obwodów, które graniczą z Rosją.”

„Wszyscy mówią, że zbliżające się wybory są przyczyną stanu wojennego, ale mało ludzi mówi, że jest to po prostu wojenna agresja w stosunku do Ukrainy. Rosja w ciągu pięciu lat nieustannie jest agresorem. Myślę, że ten stan wojenny trzeba było wprowadzić. Trzeba było go wprowadzić jeszcze w 2014 roku, kiedy wszystko się zaczęło” – dodaje Andrzej – „Stan wojenny to uzbrojenie najważniejszych infrastruktur, czyli szpitale, najwrażliwsze miejsca. Żołnierze mają wtedy więcej praw. Mogą zabierać obywatelom daną własność na potrzeby kraju. Mogą dać nakaz wykonania danej czynności i każdy musi zostawić wszystko i to zrobić. Na chłopski rozum mówiąc: ktoś mówi, że trzeba zrobić ścianę na jakiejś ulicy ze wszystkiego i każdy porzuca inne czynności i idzie budować tę ścianę.” – wyjaśnia –  „Prezydent Poroszenko zapewnił, że nie będzie cząstkowej mobilizacji. Jeśli jakaś osoba otrzymała „szczęśliwy list” mówiący, że musi iść do armii to dlatego, że wcześniej na niego nie odpowiedziała  i pojechała, na przykład, do Polski. A teraz gdy wystąpił stan wojenny – to taka osoba też otrzyma takie listy, dlatego, że ona z tymi listami wcześniej nic nie zrobiła. Mało kto chce iść do armii. Jak ktoś przykładowo tutaj studiuje to ma zaświadczenie i to wystarcza. Jeśli nie studiujesz, nie masz dużej rodziny to musisz pójść do armii – to normalne. Nie mamy jeszcze takiego wojska, które będzie sobie mogło pozwolić na wybór.”

Andrzej pewnie dobiera słowa, mówi o faktach i polityce. Mało mówi o swoich emocjach. Mariana natomiast od nich nie stroni:

„W pewną niedzielę rano przyszli wojskowi z komisariatu do mojego chłopaka. Oznajmili, że przynieśli list osobiście . Jeśli taką osobę akurat zastaną w domu to ona musi się podpisać. Jeżeli nie to zostaje nałożona kara pieniężna a dopiero potem więzienie. Teraz mój chłopak będzie próbował otrzymać zaświadczenie, że studiuje w Polsce, ale on bardzo chce już wrócić do domu. Zwłaszcza na Święta… Dużo moich znajomych też studiuje na uniwersytecie w Krakowie i przykładowo w zeszłym roku nie mogli pojechać na Boże Narodzenie, bo była fala mobilizacji. Było tak dużo tych ”listów szczęścia”, że rodziny dzwoniły i mówiły, że przychodzą do nich wojskowi i żeby nie wyjeżdżać. Jeden kolega już od dwóch lat nie był na Ukrainie. Boi się i tęskni jednocześnie…”

Za kilka lat…

„Myślę, że Krymu już nigdy nie odzyskamy, a konflikt będzie trwał jeszcze z 4-5 lat.„ – ponownie stanowczo wyznaje mi Andrzej. Poprzedniego dnia Mariana też nie znalazła optymistycznych myśli:

„Ja nie widzę happy endu. Chce się wierzyć w odmianę sytuacji, ale jak będzie eskalacja konfliktu to my nie damy rady. Odszedł Krym, skomplikowana sytuacja na wschodzie, powstały dwie kwasirepubliki. Teraz zabierają wody….”

(Nie) boję się

„Raczej o rodzinę się nie boję. Wiem jednak, że żaden konflikt nie jest wart ani jednego życia ludzkiego. Ani jednego.” – powtarza cicho i smutno Mariana

„Tydzień temu byłem w domu, w Winnicy. Jest to miejscowość objęta stanem wojennym. Zaniosłem zaświadczenie, że studiuję. Było wszystko ok. Na granicy dużo mnie pytali, ale poza tym spokojnie wróciłem. Mam rodzinę i młodszego brata. Mówią mi, że jest więcej żołnierzy na ulicy. Więcej porządku, bo wszyscy się boją, ale poza tym nie słyszałem o innych zmianach.  – zapewnia mnie Andrzej. Dopiero po chwili otwiera się bardziej. Zaczyna mówić o sobie –  „Ja nie wiem czego oczekiwać jutro. Cały czas coś się zmienia. To nie mamy Krymu, to Donbasu, to ktoś zabija… Kiedy to się dzieje od czterech lat to patrzysz na to trochę inaczej, wiesz? Ja wiem. Mam swój cel. Skończyć studia i pojechać do Ukrainy i tam robić coś dla swojej ojczyzny. Ale wiem, że teraz nie mogę nić zrobić. Ja nie chcę chodzić i zabijać…”

Andrzej zamyśla się. Po raz pierwszy nie koncentruje się tylko na przekazaniu mi konkretnych informacji. Po chwili dodaje:

„Podoba mi się w Polsce. Studiuję tu, mam pracę, przyjaciół. Pierwszy rok był ciężki, teraz jest lepiej. Myślę, że nie trzeba się bać, a robić. Jeżeli będzie potrzeba to pojadę tam. Na Święta na pewno pojadę. Mam już bilety kupione.”

„Ja chcę skończyć studia. Chcę żyć w państwie, gdzie nie muszę się bać o swojego ojca i swojego brata.” – podsumowuje Mariana

Czy została nadzieja?

„Idziemy w świat, w Europę. Odchodzimy od starych kontaktów. Nadzieja w tym, że bardzo dużo u nas patriotów. Większość ludzi nie ucieka, oni idą, walczą. Może kiedyś niechętnie o tym opowiadali, teraz o tym rozmawiają. Jest nadzieja, że będzie coraz lepiej. Bo mamy duże wsparcie z Zachodu od najbliższych sąsiadów. Nie jesteśmy sami. To dodaje mi nadziei. Przynajmniej na teraz…”  – przyznaje Mariana

„Jest duży chłopak i mały chłopak. I duży chłopak zawsze bije małego. Póki ten mały nie będzie miał mocy, żeby odpowiedzieć temu dużemu – ten duży będzie go zawsze bił. Póki nie mamy jak odpowiedzieć, nie możemy nic zrobić. Ukraina rośnie, ale trzeba czasu.” – wyjaśnia mi Andrzej. Na chwilę przerywa swoją wypowiedź i próbuje przypomnieć sobie odpowiednie słowa – „Ostatnio usłyszałem: „Najsilniejsi ci którzy się mogą zmienić wraz ze światem.”

Wolność. Nie wszystko.

„Wolność to możliwość mieszkania i życia w państwie, w którym nie będę się bała o swoja rodzinę. Będę miała co zjeść, bo głód jest jednym z najstraszniejszych okresów w historii mojego państwa. Wolność to również możliwość tego, że mogę zostać na Ukrainie, rozwijać się duchowo jak i profesjonalnie, pracować na dobro mojego państwa. Wolność to stan, w którym nie ma z zewnątrz agresora, są  sąsiedzi i przyjaźnie, które chcą nam pomoc, wesprzeć. Istniej współpraca międzynarodowa. Ta modlitwa, która ostatnio była,  ostatnim czasem dała mi najwięcej wsparcia, najwięcej poczucia wolności.”

Andrzej nie odpowiada tak szybko, jak Mariana. Potrzebuje czasu. Znów ma obawy, że go nie zrozumiem. Czuję, że chce powiedzieć coś ważnego, ale jeszcze się waha.

„Wolność jest wtedy, kiedy nie boisz się za jutrzejszy dzień. Odczuwam strach. Wszyscy odczuwają. Jeżeli wiesz, że tam na Ukrainie są twoi rodzice to odczuwasz tę bojaźń. Ja mogę mówić, że się nie boję… No ale wiesz jak jest… Jest to, czego nie możesz zmienić. Dlaczego myśleć o tym czego nie możesz zmienić? Ja jestem tutaj. Moja rodzina jest tam. Ja chcę tutaj studiować. Moja rodzina nie może wyjechać. Co mogę zmienić? Nic. Nie chcę się denerwować, nie chcę żeby to wpływało na moje studia. Wiem, że jeżeli zacznie się wojna to pojadę na Ukrainę, ale teraz nic nie mogę zrobić. Kiedy mogę coś zrobić, to się denerwuję, ale jak nie mogę, to dlaczego?” – dodaje Andrzej z lekkim uśmiechem – Wolność jest również wtedy, kiedy mogę robić to, co uważam, że jest prawidłowe nie w głowie, a w sercu. To jest wolność. Wszyscy chcą mieć wszystko, nie chorować, robić wszystko… W tym świecie tak jest. Wolność dla mnie to robić to, co mówi mi serce. Nie wszystko.”

Każdy ma swoją prawdę

„To jak ja to opowiadam wszystko, to jest tylko i wyłącznie mój punkt widzenia. Zawsze trzeba brać pod uwagę to, że ludzie tam ze wschodu oni mają swoją wizję dotyczącą tego konfliktu. Każdy widzi to po swojemu. Ja mieszkam tutaj, w Krakowie, z bardzo fajną dziewczyną z Moskwy. Nigdy się nie kłócimy o to. Ona widzi to po swojemu, ja widzę to po swojemu i nawzajem to przyjmujemy. Prawda może być różna, ma różne twarze. Ale jedynie czego wspólnie chcemy, to żeby konflikt się skończył, żeby pojechać na Święta do rodziny. Bo stosunki międzyludzkie są ważniejsze niż którekolwiek konflikty.” – Mariana kończy naszą rozmowę ciepło. Uśmiecha się. Widzę w jej oczach nadzieję. Taką nadzieję widziałam dopiero po raz drugi w swoim życiu.

Po naszej rozmowie Andrzej wysyła mi kilka krótkich filmów przedstawiających konflikt na Ukrainie i związane z nim ludzkie tragedie. Pod spodem zostawia tylko kilka słów od siebie: „To jest wojna”.

Tymczasem wracam  i jadę tramwajem. Myśli kieruję ku dialogom, które znów poruszyły sercem. Obok mnie siedzi matka z synem. Chłopak wyciąga rękę bez słów. Kobieta domyśla się jego niemej prośby. Wyjmuje telefon i jednym ruchem palca uruchamia grę. Przekazuje mu komórkę. Na ekranie dostrzegam imitację dłoni trzymającej broń. Chłopak uśmiecha się w szaleństwie. Już nie widzi świata. Strzela. Zabija. Nie przestaje strzelać…