Julia Basista: patrzę na nich, nie przez nich

By 29 lipca 2019rozmowa

Znajomi mówią, że jest artystką. Julia nie protestuje, choć uważa, że tej osobowości zaprzecza jej zorganizowanie oraz trzeźwe przyglądanie się rzeczywistości. Jest magistrem sztuki i zawodowym muzykiem. Dodaje, że oprócz tych specjalności została mistrzem rozmów o codzienności. Uwielbia gościć znajomych przy stole, przygotowując dla nich jedzenie. W każdą środę tym stołem staje się dla niej kółko na Plantach. Zaproszeni są wszyscy potrzebujący.

Naszą rozmowę rozpoczyna śmiech. Wcześniej trochę słów, milczenia, wspólnego bycia, czytania, pisania. Spędzam z Julią cały weekend i mam wrażenie, że w tym czasie zanurzam się choć trochę w przestrzeń jej świata. Dostrzegam jej obrazy zawieszone na ścianach, kilka kawiarek w kuchni, towarzyszy nam muzyka klasyczna. Przez otwarte drzwi widać hamak. Naturalnie rozpoczynamy rozmowę o tym, co dla nas ważne, o drodze, patrzeniu na człowieka i wspólnocie Hanna, która w każdą środę spotyka się o godzinie 17 w salce przy Kościele św. Mikołaja w Krakowie, przygotowując kanapki i napoje, a następnie udaje się na Planty, żeby towarzyszyć osobom w kryzysie bezdomności.

Do wspólnoty Hanna należę od 2017 roku. Długo trwała ta droga, bo temat osób bezdomnych zawsze był mi bliski. Wszystko zaczęło się we Włoszech. To właśnie tam zainteresował mnie bł. Pier Giorgio Frassati. On był młodym chłopakiem, dla którego osoby ubogie nie były obojętne. Wtedy przeszło mi przez myśl, że na pewno istnieją takie miejsca gdzie można spotkać się z osobami potrzebującymi. Potem  wszystko bardzo szybko się potoczyło.

Było Boże Narodzenie. Kolega Julii napisał smsa, że bierze udział w Wigilii dla osób ubogich i bezdomnych organizowanej w Warszawie . Kilka dni później dostała smsa od innego kolegi. Pytał czy chciałaby przyjść na spotkanie pewnej wspólnoty na przygotowywanie kanapek, a potem rozmowy z osobami w kryzysie bezdomności na Plantach. Przyszła, ale tydzień później wracała już do Włoch.

Tam odwiedziłam znajome siostry zakonne, które organizowały spotkania dla studentów. Spotkałam wtedy dziewczynę, która opowiedziała mi o włoskiej wspólnocie troszczącej się o osoby ubogie i bezdomne. Podała mi dzień, godzinę i datę spotkania. Nigdy więcej jej nie spotkałam. Poszłam w to miejsce, o którym powiedziała i rzeczywiście odnalazłam włoską wspólnotę. Poczułam się tam bardzo domowo i zaczęłam przychodzić co tydzień. Jak wracałam do Polski na Święta czy ferie to odwiedzałam  polską wspólnotę w środy.  Tak to sobie trwało włosko – polsko…

Początkowo spotkania we Włoszech okazywały się łatwiejsze, bo wtedy jeszcze nie rozumiała języka włoskiego. Nie było szans na słowne porozumiewanie się. Odczytywała emocje rozmówców z mimiki, modulacji głosu, z zachowania.

To pozwoliło mi patrzeć na całą sytuacją, na to co się dzieje wokół, skupiając się na konkretnym człowieku, a nie na jego problemie. Tak wyglądało to przez całe trzy miesiące zanim zaczęłam rozumieć włoski. Myślę, że to mi bardzo pomogło po przyjeździe do Polski, gdy brałam już udział w realnych rozmowach i problemach. Tamto włoskie przygotowanie dało mi umiejętność obserwacji drugiego człowieka, bycia  z nim tak naprawdę, bez słów.

Włoskie spotkania różniły się również pod względem organizacyjnym. Zaczynały się  znacznie później, bo o godzinie 20, a kończyły po 23. Wspólnota była znacznie większa niż Polsce, spotykano się częściej niż raz w tygodniu i panował podział na grupy, które udawały  się na dworce, odwiedzały poszczególne perony i podchodziły do każdej osoby bezdomnej.  Nie było jednego ustalonego miejsca.

Ja byłam w grupie, która chodziła na dworzec Garibaldi – drugi pod względem wielkości w Mediolanie.  Pamiętam moje pierwsze spotkanie z bezdomnym Polakiem tam we Włoszech. Było to dopiero po długim okresie przygotowawczym. Bóg czuwał, żebym nie była od razu przerażona. Dopiero po dwóch miesiącach poznaliśmy Pana z Ukrainy, który mówił po polsku, ale szybko zniknął. Potem pojawiły się jeszcze dwie osoby. Jedną z nich był młody chłopak Lubomir, też z Ukrainy. Drugą był Marek z Polski. Poznałam go z jeszcze jedną koleżanką Polką. Marek był dla mnie pierwszym człowiekiem tam we Włoszech, przy którym usłyszałam i zrozumiałam prawdziwe problemy do rozwiązania. Pierwszy raz stanęłam w obliczy takiej sytuacji, że ja nic nie mogę. Marek nie miał dowodu, ale nie chciał go wyrobić. Sugerowałyśmy pójście do ambasady, ale okazało się, że nie było to tak proste. Marek był poszukiwany. Bał się, że zostanie deportowany do Polski. Zaprzyjaźniliśmy się po jakimś czasie. Wcześniej nie przychodził tak często na dworzec, potem widziałyśmy go co tydzień, bo wiedział, że „kochane Polki” będą na niego czekać. Potem Marek zniknął. Dopiero w zeszłym roku na Boże Narodzenie, czyli rok później, dostałam zdjęcie od znajomego z Mediolanu. Było to selfie z Markiem. Podobno znów się pojawił i był na Wigilii.

Julia opowiada, że dostrzega we Włoszech więcej bezdomnych w zdecydowanie gorszym stanie, bardziej zaniedbanych. Tłumaczy, że Mediolan, usytuowany na północy Włoch, jest dużo bogatszym miastem w porównaniu do biednego południa. Przyjeżdżają tam ludzie w poszukiwaniu pracy. Jest też dużo emigrantów.

To widać na ulicach. Bardzo dużo ludzi, znacznie bardziej zróżnicowanych pod względem narodowościowym. Włochów jest połowa albo nawet mniej. Sami Włosi tłumaczyli mi, że 20 lat temu,  przyjeżdżało więcej ludzi z Europy Wschodniej, a w tej chwili są to uchodźcy z Afryki, z Bliskiego Wschodu.

Podczas gdy poznawała rzeczywistość włoską, pewnej wiosny wspólnota krakowska pojechała do Rzymu, a Julia też akurat tam się znalazła. Wtedy lepiej poznała pierwsze osoby ze wspólnoty.

Jak wracałam do Polski to już wiedziałam, że mam gdzie i do kogo wracać. I tak już zostałam…

Została, nie pozbywając się jednak poczucia bezradności, która towarzyszyło jej za pierwszym razem na kółku, obecnie nazwanym Skwerem Andrzeja Wajdy. W tej bezsilności nie była jednak sama, towarzyszyli jej pozostali członkowie wspólnoty.

Przyzwyczaiłam się i zaakceptowałam to, że mam bardzo mało do zaoferowania tym ludziom. Zrozumiałam, że tak naprawdę oni są starsi ode mnie, więcej przeżyli. Nie jestem odpowiednią osobą, która będzie im dawać złote rady. Ostatnio jeszcze bardziej do mnie dotarło, że sama rozmowa i obecność jest już czymś wielkim. Niedawno Sylwia powiedziała, że przychodzi na to nasze kółko, żeby po prostu się z nami pośmiać. A śmiałyśmy się po prostu z tego, że miała dziurawe buty, mówiła, że powoli zaczynają już jeść. Chichrałyśmy się do łez. Ja też jestem osobą, która rzadko kiedy wchodzi w głębsze tematy. Bardzo lubię rozmawiać o rzeczach codziennych. Jestem mistrzem rozmów codziennych, o pogodzie, o tym co się jadło na obiad albo że się nie jadło. Wydaje mi się, że takie rozmowy też są potrzebne.

Ta codzienność i aktualna rzeczywistość stały się dla niej priorytetami. Nie łudzi się, że ma moc wyciągania ludzi z bezdomności. Nie zakłada takich scenariuszy, woli być zaskoczona. Jeżeli ktoś uważa, że takie powinny być efekty przychodzenia na Planty – postrzega to jako absurdalne. Zaznacza, że nie to sprawia, że co środę pojawia się na kółku.

To, na czym mi zależy, gdy spotykam drugiego człowieka, to by ta osoba czuła, że mam do niej szacunek.   Nasze spotkania właśnie to mają na celu. My patrzymy na nich, a nie przez nich. Pamiętam pewną sytuację we Włoszech, kiedy młoda kobieta żebrała na ulicy. Ludzie ewidentnie patrzyli przez nią. Ona do nich mówiła, oni wlepiali wzrok gdzieś obok. Udawali. W ogóle nie reagowali na to, że obok nich stoi człowiek. Ja tej kobiecie odmówiłam, ale powiedziałam to do niej. Widziałam, że ją to tak bardzo poruszyło, że położyła mi rękę na ramieniu. Wtedy zrozumiałam jak ważne jest to, żeby patrzeć na drugiego człowieka. Dla mnie to jest w tych spotkaniach istotne – ten szacunek do osoby ludzkiej, pokazanie, że dana osoba ma godność.

Patrzenie na drugiego człowieka sprawia jednak, że oprócz codzienności przychodzą też momenty kryzysowe, w których trzeźwe myślenie przychodzi z trudnością, a rozmowy na Plantach przestają być tak oczywiste.

Zazwyczaj przychodzę na Planty prosto z salki, po robieniu kanapek. Idziemy całą grupą na kółko. Płynnie zaczynamy rozmawiać, dzielić, śmiać. To się naturalnie kręci. Ostatnio nie zdążyłam na modlitwę i przyjechałam prosto na Planty. Wszyscy już stali zaangażowani. Popatrzyłam i pomyślałam sobie wtedy: „Po co ja tu przychodzę? Co ja tu robię?  Ci ludzie niezbyt ładnie pachną, połowa z nich jest pijanych. Co ja tutaj robię?”  Wtedy zobaczyłam jak to wygląda z zewnątrz dla normalnego przechodnia. Miałam taką chwilę przerażania…

Przerażenie pojawia się również w trakcie samych rozmów, gdzie znów pojawia się bezradność, zwłaszcza gdy rozmawia się z kimś, kto z upływem czasu staje się prawdziwie bliski.

Dostrzegałam, że ten człowiek nie ma już nadziei, ale że też nie ma żadnego planu na następny dzień. Wie tylko, że będzie sobie leżał i będzie pił. I to jest jego plan. Wtedy miałam poczucie ogromnej beznadziejności. Jak człowiek jest w stanie żyć z taką świadomością, że na jutro nie ma planu, na pojutrze i na za miesiąc też go nie ma? Planu, pomysłu, chęci, że chce coś zmienić. Tak trwa w tym, w czym jest. Towarzyszyła mi ogromna bezradność, że nie jestem w stanie nic zrobić. I nawet nie miałam już siły słuchać…

Gdy przychodzą takie dni, w których  nie ma siły słuchać, po prostu czeka, aż ktoś postanowi usłyszeć jej głos.

Ostatnio zrobiłam taki eksperyment i bardzo dobrze się z nim czułam. Przyszłam na Planty, ale czekałam aż ktoś do mnie podejdzie.  Dlaczego zawsze ja mam wychodzić z inicjatywą? To jest taki dzień, w którym ja się słabiej czuję, mam tu znajomych i chciałabym żeby tym razem oni do mnie podeszli. I tak się stało. To jest super, że trochę sobie jedziemy na tym samym wózku.

Nie był to jednak pierwszy raz, w którym odczuła serdeczność ze strony osób znajdujących się w kryzysie bezdomności. Gdy pytam czy nauczyła się czegoś dzięki temu, mówi, że jest to bardzo zmienne. Że czasem ma wrażenie, że te spotkania wyostrzyły, a czasem stępiły jej wrażliwość. Po chwili zamyślenia opowiada jednak o tych aspektach, w których zyskała, w których zrozumiała, że to Oni są tam dla niej.

Spotkania na Plantach  nauczyły mnie rozmawiać z drugim człowiekiem. Dały mi  poczucie dystansu i tego, że właśnie jestem tragicznie głupia, w takim pozytywnym tego słowa znaczeniu. Zrozumiałam, że  mogę być zupełnie bezradna i że te osoby maja często większą mądrość życiową ode mnie, że to ja się mogę od nich czegoś nauczyć, dojrzeć. Druga rzecz, która mnie niezmiennie porusza to fakt, że spotykam dużo ludzi wierzących. To przejmujące, że osoby, które są w tak bardzo trudnej sytuacji, jednak wierzą w Boga i ufają, zawierzają się mu. To robi na mnie ogromne wrażenie. To musi być kosmiczna wiara, jeżeli w takich warunkach dalej w to idą.

Dlatego rozmowy z osobami bezdomnymi stają się częścią jej codzienności. Pozostałą część zajmują warsztaty muzyczne oraz plastyczne, które Julia prowadzi dla rodzin, dzieci w wieku szkolnym, niepełnosprawnych. Przybliża im piękno. Ceni sobie współpracę z ludźmi, ale gdy grupa jest zbyt duża, momentami ma dosyć. Obowiązkowo leży w hamaku. Śpiewa, rysuje, majsterkuje, gotuje, tańczy. W tym wszystkim jest dla drugiego człowieka. Dla bezdomnego, posiadającego dom, sprawnego, niepełnosprawnego, zagubionego czy właśnie tego, który swoją drogę odnalazł.

W ciągu tygodnia dzwoni do mnie czasem osoba bezdomna, z którą jestem zaprzyjaźniona. Rozmawiamy. Jako wspólnota rozwiązujemy różne sprawy, problemy, dzwonimy, kogoś odwiedzamy. To jest już pewna część mojego życia w tej chwili. Trudno byłoby się zupełnie od tego odciąć. Od kontaktów z przyjaciółmi też czasami masz dość, pozwalasz sobie na przerwę, ale to nie znaczy, że o nich nie myślisz.

Też w domu opowiadam różne historie z Plant i widzę, że moi rodzice się tym interesują. To właśnie od nich nauczyłam się szacunku do drugiego człowieka. Przez codzienne sytuacje. Pamiętam jak przechodziłam ulicą z moją mamą, ktoś prosił o coś i moja mama mówiła mi wtedy, że jakkolwiek wygląda ten człowiek, to należy go traktować z szacunkiem. Więc dla moich rodziców to było naturalne, ale to, że spotykam się co tydzień z osobami bezdomnymi, nie było już tak normalne. Dopiero z czasem zaczęli się wciągać w te historie, dopytywać. Czasem już ze śmiechem pytają „jak tam moi przyjaciele z Plant”.

Sama jednak nie nazywa tych relacji przyjaźniami. Tłumaczy, że po włosku mówi się amici della strada – przyjaciele z ulicy. Odkryła, że w języku włoskim to słowo ma mniejszy ciężar znaczeniowy niż w języku polskim.

Trudno mi powiedzieć o osobie z ulicy, że jest moim przyjacielem.  Ja nie będę w stanie obdarzyć takiej osoby, którą poznałam na Plantach maksymalnym zaufaniem w każdej sytuacji.  Raczej w momentach kryzysowych nie będę się do nich zwracać.  

Więc zwraca się w momentach codziennych, w każdą środę i nie tylko. Ciężko znaleźć słowa, które mogłoby opisać powód.

Nie wiem czy kiedykolwiek wiedziałam co mnie tam przyciąga. Nie wiem czy to jest powołanie. W życiu bym nie wymyśliła, że spotykanie z bezdomnymi właśnie nim będzie. Bardzo się modliłam o jakąś wspólnotę ale naprawdę nie sądziłam, że będzie ona pomagać osobom bezdomnym. Cały czas sobie myślę, że mogło to być coś lżejszego, przyjemniejszego, łatwiejszego… Niewierzący nazwałby to może losem, ja powiem, że Pan Bóg rzucił tę drogę i jest taka misja życia na teraz.

Julia cały weekend powtarza, że znalazła swoje zapiski sprzed 4-5 lat. Mówi, że koniecznie musi mi pokazać, że to ciekawe. Opowiada mi o nich, a ja słucham z uwagą. Jest coś niezwykłego w momentach, w których człowiek opowiada o drugim człowieku.

Wtedy jeszcze o takiej wspólnocie nawet nie śniłam. W notesie opisałam dwa spotkania, które przytrafiły mi się na ulicy. Pewien mężczyzna zaczął coś mówić, potrzebował pomocy, opowiadał o sobie.  To było dla mnie wtedy niezwykle przejmujące. Mówił, że właśnie wyszedł z więzienia, że szuka schronienia. Zaprowadziłam go na obiad, a w tej notatce zakończyłam tę historię słowami „i spotkałam Człowieka”. Rozbawiło mnie to, bo powinnam być przecież przerażona. Młoda dziewczyna, spotyka człowieka na ulicy, który dopiero co wyszedł z więzienia. Ale nie zrobiło to na mnie wrażenia. Po prostu zobaczyłam Człowieka.