Jednym słowem

By 23 maja 2019zaproszenie

Słowa wypowiadamy codziennie, często nie zastanawiając się nad tym jak wielki mają wpływ na otoczenie i człowieka, który się w nim znajduje. Wyrzucamy z siebie bezmyślnie poskładane litery, zapominając, że zostawiamy naszego rozmówcę z komunikatem, który buduje albo niszczy. Nie zdajemy sobie sprawy (albo po prostu nie chcemy), że treść, którą przekazujemy zostaje, krąży, czasem jest przekazywana dalej. Ta treść może ożywić lub doprowadzić do śmierci. Ta treść nie jest dziełem przypadku. Jest naszym wytworem i to my każdego dnia mamy możliwość zadecydować, jakie słowa będą ją tworzyć.

„Spotkałam się ze stwierdzeniem, że najbardziej bezpośrednim i świadomym środkiem komunikowania się, który wywiera wpływ na innych, są słowa” – rozpoczęła rozmowę Irena A. Stanisławska, otwierając przestrzeń do rozważań dla Wojciecha Eichelbergera – psychologa oraz psychoterapeuty. Razem stworzyli książkę – dialog „Być lekarzem, być pacjentem”. Usłyszałam o niej, gdy moja przyjaciółka – obecnie studentka pielęgniarstwa – wróciła pewnego dnia z zajęć, opowiadając o mocy słowa i o historiach, które usłyszała. Kilka tygodni później, widząc moje zainteresowanie, przyniosła książkę, otwierając ją na rozdziale „słowa, diagnoza, prawda”, który głośno uwypuklił istotę uważnego wypowiadania się oraz pozwolił mi umocnić dotychczasowe przekonanie o wartości słowa oraz gestów.

„Słowa trafiają  głębiej i dlatego czasem mogą spowodować ogromną szkodę, ale też i nadzwyczajną korzyść. Słowa, pojęcia, myśli – to domena psyche, czyli duszy albo świadomości” – odpowiada psycholog, podejmując temat. Zwraca również uwagę na podejście współczesnej medycyny wyłącznie do materialnego, cielesnego wymiaru człowieka. Dodaje również, ze często lekarze nie zdają sobie spawy z uzdrawiającej mocy słów, przekonań, pragnień, emocji, wiary, nadziei, miłości. Czasem jest zbyt późno na zniwelowanie konsekwencji spowodowanych nieświadomym posługiwaniem się słowem.

Wyjaśniają to dwie historie opowiedziane przez kardiologa Bernarda Lowna we wstępie do książki Normana Cousina The Healing heart:antidotes to panic and helplessness.

Pacjentka znajduje się w początkowej fazie syndromu niewydolności krążenia spowodowanego zwężeniem zastawki trójdzielnej. Przebywa w szpitalu, codziennie rano tradycyjnie odbywa się obchód.

„Jest to klasyczny przypadek S.T.”  – oznajmia lekarz, posługując się inicjałami łacińskiej nazwy choroby.

W głowie pacjentki rozpoczyna się analiza skrótu, który nie daje jej spokoju. Ciężko oddycha, pielęgniarze obserwują spadek jej samopoczucia. Rozpoczynają się badania. Płuca wypełniają się płynem. Wcześniej były zupełnie czyste. Po kilku godzinach kobieta tłumaczy swoje samopoczucie. Zrozumiała, że lekarz ocenił jej stan jako terminalny. Nic nie jest w stanie zmienić jej przekonania. Kobieta umiera wieczorem z powodu ostrej niewydolności krążenia.

Druga sytuacja zakończyła  się pozytywnie, ale i w tym przypadku znaczenie miało odpowiednio użyte słowo.

„Zdrowy, bardzo głośny, trzytaktowy cwał” – określa lekarz podczas obchodu, monitorując stan ciężko chorego pacjenta. Termin „rytm cwałowy” – jak wyjaśnia Wojciech Eichelberg, oznacza, iż mięsień sercowy zamiera z powodu znaczącego uszkodzenia i rozciągnięcia się. Stan terminalny z nikłą nadzieją na poprawę.

Po tej rozmowie pacjent niezwykle szybko zaczyna powracać do zdrowia. Wyjaśnienie przychodzi po kilku miesiącach. Pacjent pozytywnie zinterpretował stwierdzenie „zdrowy cwał”. Uznał, że jego serce zachowuje się jak silny koń. To nastawiło go optymistycznie i dodało wiary w poprawę zdrowia, która rzeczywiście nastąpiła.

„Potęga słowa polega na tym, że oddziałuje ono na umysł, który w oparciu o nie tworzy wirtualną rzeczywistość, a ciało zostaje w tę rzeczywistość wciągnięte i zachowuje się zgodnie ze scenariuszem pisanym przez umysł. Kobieta pomyślała <stan terminalny> i jej umysł stworzył wirtualną rzeczywistość choroby terminalnej, której nie miała. Można powiedzieć, że choroba została zaindukowana przez słowa, że nastąpiło coś w rodzaju masywnej sugestii hipnotycznej”. ~ tłumaczy w książce psycholog.

Myślę o tych historiach od kilku miesięcy i przekładam je sobie również na życie, odbywające się poza szpitalem. Na życie, w  którym niezwykle często jestem świadkiem bezmyślnego kreowania słowa, posługiwania się nim z obojętnością i przekonaniem, że własna treść jest tą słuszną.

„Ludzie bardzo często nas obrażają. Mnie obrażają. Zwłaszcza w komunikacji miejskiej albo gdy zbieram butelki. Ostatnio pewna kobieta w tramwaju zaczęła komentować mój wygląd, lenistwo i nieprzyjemny zapach. Mówiła, a nie wiedziała, że przed chwilą miałem możliwość się umyć, dwa raz w przeciągu tego roku w pracy mnie oszukano, a butelki zbieram, bo inaczej musiałbym kraść.”

„Spałem ostatnio na klatce schodowej. Po całej nocy chodzenia, ostatecznie nad ranem znalazłem miejsce. Mam problemy ze stopami, lekarze zmieniają mi opatrunki. Nagle obudziły mnie szturchnięcia i zawołania, a gdy otworzyłem oczy dwójka młodych chłopaków skoczyła mi na nogi. Wyzywali i wyśmiewali mój stan. Chciałem ich gonić, ale oczywiście nie dałem rady.”

Wypowiedzi te jako jedne z wielu usłyszałam w niedawnym czasie na Plantach od Przyjaciół bezdomnych. Momentami wybrzmiewały z obojętnością, z bólem albo rozdrażnieniem. Każdorazowo przekazywały prawdę o słowie, które rani, o słowie, które jest wyrzucane z brakiem szacunku dla drugiego istnienia. Przekazywały prawdę o słowie, które zostaje i zaczyna budować przekonanie o własnej beznadziejności. I znowu tego typu rozmów nie przeprowadzałam jedynie z osobami w kryzysie bezdomności. Na przestrzeni ostatniego roku miałam okazję spotkać ludzi, którzy dzielili się ze mną słowem, którego doświadczali.

„Kilka razy spotkałem się na ulicy z wyzwiskami tylko ze względu na inny kolor skóry. Jakiś czas temu mnie pobito.”

„Czasem ludzie drwią ze mnie tylko dlatego, że inaczej chodzę. Wygląda to śmiesznie, ale nie jestem w stanie nic z tym zrobić – tak mam od urodzenia.”

„Powiedziałem, że jestem gejem. Domyślasz się pewnie jak mam teraz ciężko.”

Na co dzień komentujemy, wyrażamy własne zdanie i dzielimy się przemyśleniami, ale słowa potępiające stan w jakim znajduje się dana osoba, sytuację życiową albo po prostu istnienie są moim zdaniem absolutnie nie do przyjęcia. Zwłaszcza, jeżeli na obraz danej osoby narzucone są jeszcze stereotypy i ogólnie przekazywane przekonania, których sami nawet nie chcemy weryfikować.

Za każdym razem, gdy słucham jak człowiek opowiada sytuacje, w których został zraniony przez drugiego człowieka właśnie słowem, komentarzem czy wyzwiskiem przepełnia mnie ogromny smutek i bezsilność. Ludzie, których spotykam są pięknymi ludźmi, nierzadko poturbowanymi przez przeszłość, wybór, nałóg, brak sił. Są też często ludźmi niewpisującymi się w przekonanie społeczeństwa, odrzuceni, uciszani. Są też moimi przyjaciółmi bez względu na to czy są osobami bezdomnymi, domnymi, bez względu na to czy wyznają inną religię lub czy są innej orientacji. I po raz kolejny muszę zaznaczyć, że ta więź i komunikacja równości odbywa się na płaszczyźnie spotkania. Jeżeli odrzucamy możliwość poznania drugiego człowieka, jego kultury, przekonań automatycznie budujemy w sobie uprzedzenie do jego istnienia, które nie jest uzasadnione żadną prawdą. W momencie kiedy spojrzymy na ludzi, których spotykamy, jak na osoby, które moglibyśmy lepiej poznać – zrobimy pierwszy krok w kierunku zrozumienia i budowania przestrzeni opartej na autentycznej wymianie słowa.

„Osoby wykluczone przez społeczeństwo mają w sobie często poczucie bycia na dnie. Ich przekonanie o sobie, wartość są bliskie zeru. W dużej mierze wpływa na to otoczenie oraz reakcje innych. Dlatego za każdym razem, gdy rozmawiam staram się im przekazać trochę wiary w siebie, powiedzieć, że zrobili coś super, dodać odwagi, skupić uwagę na tym, co w nich dobre. Tyle mogę zrobić. Nigdy nie wiadomo w jakim momencie życia nagle przypomną im się te słowa i będą w stanie wykonać chociaż jeden krok do przodu.” – myślę, że człowiek, który przekazał mi te słowa kilka tygodni temu dał mi najlepszą receptę na to jak rozmawiać, jak posługiwać się słowem, jak mówić, żeby nie ranić i jak być uważnym na litery, które łączymy w komunikat.

Słowo ma wielką siłę. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości. Przenika z niewyobrażalną prędkością, burzy bądź buduje wszystko. W zależności od komunikatu może być wybawieniem bądź przekleństwem. Może być dosłownie Śmiercią lub Życiem. Mamy możliwość wybrać. To od nas zależy czy będziemy dla kogoś ratunkiem czy kolejnym upokorzeniem.